Zmiany, zmiany

Zdecydowanie mam problem z regularnym pisaniem bloga. Na szczęście piszę analogowo, więc nie, że zupełnie nic się nie dzieje w te materii.

Druga połowa zeszłego roku przeleciała pod znakiem zmian, zwłaszcza w ostatniej części.

Zdecydowałam, że emigruję. Złożyło się na to kilka elementów, a sytuacja polityczna w kraju była smarem, który sprawiał, że łożyska systemu decyzyjnego kręciły się szybciej i bez większych zgrzytów.

Dzięki kursowi Pani Swojego Czasu, dzięki któremu jestem znacznie lepiej zorganizowana niż kilka lat wcześniej, jak tylko zaświeciła mi w głowie myśl o wyjeździe, sięgnęłam po notatnik i zrobiłam sobie listy zadań, związane z wyjazdem. Co załatwić trzeba przed wyjazdem, co ogarnąć na miejscu po przyjeździe, co sprzedać, co wywalić, a co spakować i przesłać sobie później oraz co w pakunkach przeleży u rodziców, zanim nie podejmę decyzji, co z pewnymi szpargałami zrobić. Do każdej listy dopisuję nowe rzeczy, jak tylko uznam, że coś jeszcze trzeba będzie ogarnąć (jak np. ubezpieczenie zwierzaka w Wielkiej Brytanii, co znacznie zmniejsza koszty opieki weterynaryjnej).

Pewnego dnia, wraz z przyjaciółką, mieszkającą w okolicach Leeds od lat, usiadam na Skype i po krótkiej rozmowie i ustaleniach, kupiłam bilet. Ok, w sumie to ja wybrałam, a Ruda zapłaciła. Bilet typu VIP,  z dużym bagażem podręcznym, bagażem rejestrowanym – bagaż był priorytetem, w końcu przewożę znaczną część swojego dobytku, to co chcę mieć od razu na miejscu. Potrzebowałam określonej daty wyjazdu, „godziny zero”, wiedząc, że jeśli tego nie będzie, to będę odkładać, sparaliżowana strachem, aż w końcu zwiąże mnie kolejna umowa o wynajem albo coś innego i trudniej będzie się wyrwać.

W kraju właściwie nic mnie nie trzyma. Kolejna umowa zlecenie się skończyła, na umowę o pracę szans nie ma. Na wiosnę zaczyna się remont domu, z którego poddasza właśnie piszę, i trzeba szukać nowego lokum. Nowy wynajem wiąże się z kaucją, umową; dodatkowo w widełkach budżetu na wynajem ciężko znaleźć w Trójmieście coś, co nie uruchamia we mnie przygnębienia.

Tak jakoś się te wszystkie elementy spięły, ułożyły we wzór, łącznie z ukończonym niedawno kursem arteterapii, który daje mi uprawnienia do wykonywania zawodu m.in. w Wielkiej Brytanii. I jeszcze moja miłość wielka do przytulnych angielskich domków, nie zapominajmy o niej!

Strach jest, ale obok strachu spokojnie siedzi świadomość, że wyjście ze strefy komfortu i rozwój wiąże się ze strachem, że to normalne i do przeżycia, nie można dać się temu strachowi zjeść, tylko trzeba go zaprząc do roboty.

Część rzeczy wyprzedana, kot Biba (który będzie mi towarzyszył) zaczipowany, z paszportem, gotowy do drogi. Książki, z którymi rozstać się nie umiem, częściowo spakowane. Teraz pora tłumaczenie dokumentów, CV, załatwianie referencji z ostatniej pracy. Potem rejestracja w PUP-ie, wystąpienie o ubezpieczenie w UE dla szukających pracy i… bon voyage.

Dużo daje mi wsparcie, które nadchodzi z każdej możliwej strony. Historie ludzi, którzy wyjechali i żyją normalnie, komfortowo, nie spędzając początku miesiąca na planowaniu, czy z bieżącej pensji kupią sobie spodnie, czy buty, bo na jedno i drugie na pewno nie wystarczy; albo ile w tym miesiącu będzie „dni kartofla”, gdy pod koniec miesiąca jedzie się na rezerwie.
I świadomość, że szczęśliwa mogę być wszędzie, a tutaj, obecnie, do pełni szczęścia bardzo dużo mi brakuje.

Zaraz jak pomyślałam o wyjeździe, w głowie pojawiło się wspomnienie jednej z rozmów z instruktorem, który uczył mnie i znajomych jazdy na nartach. Pamiętam, jak koleżanka mówiła – w przeddzień zapowiedzianego grupowego wjazdu na Pilsko, trzeciego dnia pobytu – że na „oślej łączce” to jeździ jej się dobrze i bez stresu, ale boi się tego wjazdu na górę, bo tak wysoko. Nasz instruktor, góral, odpowiedział jej tak: „Kaśka, co ty pieprzysz! Czy na oślej łączce, czy pięć tysięcy metrów nad poziomem morza – odległość dupy od stoku jest identyczna!”. Tak, tego dnia jeszcze nie do końca potrafiliśmy jeździć, ale upadanie mieliśmy opanowane do perfekcji;  bo to ważne, żeby umieć się bezpiecznie (choć mało elegancko) zatrzymać, jak się traci panowanie nad nartami, albo oblatuje strach.
Do minimum ograniczyłam inne aktywności, skupiając się na wyjeździe, szlifując język, gromadząc potrzebne informacje, odhaczając punkt po punkcie z moich list. Stres nadal jest, ale od chwili, gdy wszystko sobie rozpisałam i zaplanowałam i działam z tym planem, trzyma się w normie, nie paraliżuje tylko motywuje.

Wkrótce zatem będę nadawać z Reading, Berkshire UK, teraz jeszcze siedzę pod kocem i kotem na przytulnym poddaszu, z laptopem na kolanach.

45 dni do wyjazdu.

EDIT: Po dzisiejszych „rewelacjach” i świadomości, że byłam w pewnej kluczowej kwestii okłamywana od prawie roku oraz wielokrotnym użyciu w myślach słów uznawanych powszechnie za obelżywe dodam – NIE MOGĘ DOCZEKAĆ SIĘ WYJAZDU.

Zrób sobie mastermind

Pracuję nad nawykiem i piszę codziennie. Jednak mam wielką potrzebę, żeby tekstami się dzielić, pokazywać, dostawać feedback, rozwijać się. I mieć konkretny termin na napisanie tekstu – taki deadline mocno zobowiązuje i motywuje.

Od myśli do myśli, od słowa do słowa – postanowiłam założyć lokalnie grupę mastermind dla osób, które chcą rozwijać swoje zdolności pisarskie. Podrzuciłam info kilku osobom i już widać, że trafiłam na podatny grunt.

Continue reading

Emigracja

Starowinka obudziła się. Na zewnątrz jeszcze ciemno; jesień, to i świt później,
a staremu mniej snu potrzeba. O tej porze roku chłód budzi szybciej niż stary budzik po świętej pamięci małżonku, słońce czy kogut u sąsiadów. Pierze w poszwie zebrało się w nogach łóżka, spłynęło w dół, na chude nogi, przez co od zimna panującego w izbie kobietę chroniło tylko kilka warstw kiedyś grubego płótna. Continue reading

Historia jednej inspiracji

Końcówka września zeszłego roku. Na Facebooku wyskakuje powiadomienie, że Muzeum Emigracji w Gdyni organizuje warsztaty kreatywnego pisania. Przeklikuję się na stronę muzeum. Warunek uczestnictwa – napisanie tekstu o tematyce emigracji o określonej objętości i zakwalifikowanie się do grupy warsztatowej. Zajęcia prowadzić będzie Izabela Żukowska. Czas przyjmowania zgłoszeń do 14. października. To daje około dwudziestu dni na napisanie 9.000 znaków, nie więcej! Continue reading

Moja droga do ogarnięcia czasu

Moje organizowanie się zaczęło się od tego, jak trafiłam na kilka artykułów i darmowy kurs Chalene Johnson. Kilka rzeczy zadziałało (jak np. ustalenie triggera, który będzie przypominał o zajrzenie na listę zadań), potem gdzieś mi mignęła Aleksandra Budzyńska (a.k.a. Pani Swojego Czasu). Zaczęłam czytać jej bloga, mam też kilka innych sprawdzonych źródeł (Lifehacker, blogi Todoist i Evernote), do których sięgam. Continue reading

Co z tym pisaniem? Część 3.

Tutaj znajdziesz część 1 i część 2 tekstu „Co z tym pisaniem?“ – zachęcam do przeczytania.

Sam akt pisania bardzo często staje się przytłaczający. A to trudno znaleźć temat, zabrać się za pisanie, jak już napiszemy coś, wydaje się, że jest to kiepskie, potem edytujemy, wygładzamy i jest – tekst, który można opublikować. Czasami droga przez mękę. Continue reading

Co z tym pisaniem? Część 2.

Część pierwsza jest tutaj.

Do biegu, gotowi, start!

Podczas II Gali Kobiecych Inspiracji, po tym jak w kuluarach wspomniałam, że piszę bloga, współtworzę artzina i chodzę na warsztaty literackie, jedna z uczestniczek podeszła do mnie i powiedziała „Chcę pisać bloga, od czego mam zacząć?“. Chyba spodziewała się odpowiedzi, która pozwoli jej stworzyć bloga, który od razu zacznie na siebie zarabiać i będzie miał tysiące czytelników. Continue reading

Co z tym pisaniem? Część 1.

Wczoraj wpadłam na pomysł, że na konkurs Pani Swojego Czasu (w której kursie „Zorganizuj się w 21 dni” brałam udział, polecam i na bieżąco czytam kolejne blogowe wpisy) napiszę artykuł o organizacji siebie w czasie dla piszących. Szkic okazał się jednak bardzo obszerny, więc całość postanowiłam podzielić na mniejsze części, żeby przejść od ogółu do szczegółu. Continue reading