1,2,3… próba mikrofonu

Dzień dobry, z Największej Na Świecie Brytanii.

Do pisania zabieram się jak pies do jeża, mea culpa. Był pomysł na wpis instruktażowy, jak się własnoręcznie deportować, prawdopodobnie powstanie.

A więc, proszę Państwa, akcja #deportacjaplus przebiegła właściwie. Zaaklimatyzowałam się, załatwiłam formalności, omijając czasami dziwne przeszkody.
Na przykład załatwianie „proof of address” ciut przypomina lekturę Paragrafu 22 Hellera, absurd wisi w powietrzu, chwilami ma się wrażenie, że spadnie na głowę. Dzięki pomocy przyjaciół wszystko przebiegło (i przebiega) łagodnie, bez większych stresów. Nie musiałam zamieszkać w domu z dziesięcioma nieznajomymi osobami, dzieląc jedną łazienkę (z kotem pewnie ta opcja i tak byłaby niemożliwa) – tak tutaj wygląda tradycyjna emigracja. Gdy chwilami było mi ciężko psychicznie – miałam gdzie się schować, zawinąć w koc i spokojnie dać to sobie przeżyć, przetrawić.

Dzięki pomocy przyjaciół wszystko przebiegło (i przebiega) łagodnie, bez większych stresów. Nie musiałam zamieszkać w domu z dziesięcioma nieznajomymi osobami, dzieląc jedną łazienkę (z kotem pewnie ta opcja i tak byłaby niemożliwa) – tak tutaj wygląda tradycyjna emigracja. Gdy chwilami było mi ciężko – miałam gdzie się schować, zawinąć w koc i spokojnie dać to sobie przeżyć, przetrawić.

Reading, jak się okazuje, nie jest moim celem. Nie trzyma mnie tu dobrze płatna, wymarzona praca, bliskość Londynu nie jest dla mnie atutem – generuje wysokie koszty wynajmu/depozytu. Praca jest, ale nadal pół etatu, bez większych szans na większy wymiar godzin, z ruchomym grafikiem, który teraz znowu będzie zmieniany, bo właściciel piekarni tnie koszty.

W maju, spędzając dwa tygodnie u Rudej w Wakefield, trochę badałam lokalny rynek pracy i lokali na wynajem. Ofert pracy dużo, ceny mieszkań/pokoi znacznie niższe. Za cenę pokoju z łazienką w Reading można wynająć dom w okolicach Leeds albo mieszkanie, również w samym Leeds. Klimat małego miasteczka mi odpowiada. Oszczędności na koncie nie oszałamiają, ale są – akurat na pierwszy miesiąc czynszu.

Tak więc przede mną kolejne pakowanie kartonów. Tym razem będzie znacznie łatwiej – selekcja rzeczy była w lutym, wiele ich nie przybyło, doświadczenie nabyte, kot jedzie ze mną i Rudą samochodem – kilka stresów mniej. Pokój, osobiście obejrzany, czeka – z przyjaznym kosztem wynajmu i jeszcze przyjemniejszym depozytem (1/3 czynszu), przyjazny zwierzętom. Praca – będzie, uciekający w popłochu przed Brexitem wyświadczyli reszcie imigrantów pewną przysługę.

Ogólne wrażenia – pozytywne. Czytam doniesienia z kraju, nie nadążam z łapaniem się za głowę. Cieszę się, że wyjechałam. Tutaj się faktycznie żyje inaczej, chociaż na początku trudno przywyknąć do tego braku ciśnienia, malkontenctwa, „spiętej dupy”, ludzi wracających z pracy krokiem, jaki w Polsce widuje się na niedzielnych, nieśpiesznych spacerach w parku.

Różnice kulturowe ciekawią. Na ulicach ludzie z całego świata; przykre tylko, że najbardziej, w sensie negatywnym, wyróżniają się właśnie polskie Sebixy, w koszulkach z napisem „Śmierć wrogom ojczyzny” i nadrukowaną opaską powstańczą na rękawie. A może po prostu łatwiej mi ich wyłowić z wielokulturowego tłumu, może nie mam jeszcze umiejętności wyłapywania Sebixów innych narodowości?

Reasumując – żyję, pracuję, planuję ciąg dalszy. Pozdrawiam!

 

Skomentuj

One thought on “1,2,3… próba mikrofonu

  1. Witaj Małgosiu !!! Jakże się cieszę, że Twoje pełne dobrej energii skrzydła niosą Cię dalej i dalej… Masz rację, bliskość Londynu to zbyt duże koszty. Ale pamiętaj też, że prowincja UK jest nieco klaustrofobiczna i bardzo tradycyjna… Trzeba zdobyć ZAUFANIE. Wiem, że Tobie się uda – wszak jesteś nietuzinkowa i prawdziwa !!! Pozdrawiam serdecznie !

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *