Co z tym pisaniem? Część 1. Jak zacząć pisać?

Wczoraj wpadłam na pomysł, że na konkurs Pani Swojego Czasu (w której kursie „Zorganizuj się w 21 dni” brałam udział, polecam i na bieżąco czytam kolejne blogowe wpisy) napiszę artykuł o organizacji siebie w czasie dla piszących. Szkic okazał się jednak bardzo obszerny, więc całość postanowiłam podzielić na mniejsze części, żeby przejść od ogółu do szczegółu.

Myślę, że niezależnie od medium, tematyki i gatunku – moje doświadczenie może być przydatne, dlatego się nim dzielę. Są różnice między pisaniem opowiadań a wpisów na specjalistycznym blogu, ale wyrobienie warsztatu sprawia, że jedno i drugie staje się prostsze.

Zacznę od tego, że aby dobrze pisać trzeba… pisać. Nie wystarczy myśleć o pisaniu. To już jest truizm, powtarzany na każdym kursie, w każdej książce o nauce pisania, jednak wiele osób uznaje, że „one tego nie muszą”. Też tak myślałam.

Podręczników o pisaniu po polsku jest bardzo mało (wystarczy spojrzeć na analogiczną tematykę na Amazon.com, żeby zauważyć różnicę). Jak się poszuka w sieci, znajdzie się kilka bezpłatnych kursów, m.in. Remigiusza Mróz na lubimyczytac.pl. Można wybrać się też na komercyjny kurs pisania. Jednak przeczytanie stosu książek/publikacji o pisaniu, zrobienie kursu, choćby najlepszego, niczego nie da bez ćwiczeń. O tym szerzej pisałam tutaj.

Tu, w związku z tym, że ostatnio biegam i przeczytałam „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu“ Murakamiego, pasuje mi analogia do biegania, więc się do niej odwołam.

Wyobraź sobie, że wpadasz na pomysł przebiegnięcia maratonu. Możesz po prostu co jakiś czas myśleć: „Kiedyś przebiegnę maraton“ i nic więcej z tym nie robić, z głębokim przekonaniem, że kiedyś „tak po prostu“ tego dokonasz. Myśląc logicznie wiem, że nikt, kto wcześniej nie biegał, nagle nie wstanie i nie przebiegnie, ot tak, kilkudziesięciu kilometrów. Rozsądnie rzecz biorąc, jakbym miała napisać listę to-do w temacie maratonu, zaczęłaby się ona od ocenienia obecnej kondycji, zdobycie wiedzy o bieganiu (np. co to są strefy tętna, jak zacząć biegać itp.), rozpisanie planu treningowego, monitorowanie postępów, właściwej diety, regularnego trenowania, właściwej rozgrzewki, żeby nie dopuścić do kontuzji itd. Myślę, że cały proces jest jasny, nawet jeśli ktoś nie biega, ale ma doświadczenie w zdobywaniu innych umiejętności.

Książek o bieganiu jest masa. Niezależnie od języka. Jednak przeczytanie wszystkich nie sprawi, że nagle poprawi się komuś wydolność, wytworzą mięśnie i będzie mógł wstać tuż po lekturze żeby przebiec kilkadziesiąt kilometrów, lekko się tylko pocąc.

Maraton nie jest moim celem. Chciałabym w ciągu kilku miesięcy umieć przebiegnąć pięć kilometrów, docelowo dziesięć. Zaczęłam od myśli „A może zacznę biegać“. Następną było, że potrzebne będą regularne treningi. Na trenera mnie nie stać, ale w pełnej wersji Endomondo jest możliwość ustawienia planu treningowego. Wybrałam, w ile dni w tygodniu chcę biegać (zalecane jest minimum 3-4 treningi na tydzień), jaka jest moja aktualna kondycja, ustaliłam cel. Po zatwierdzeniu w kalendarzu miałam podgląd z opisem każdego treningu, co dwa tygodnie test sprawnościowy, żeby móc dopasować dalszy plan do kondycji. Widzę, kiedy orientacyjnie powinnam być w stanie przebiec te pięć kilometrów i jaką mam przed sobą drogę do celu. Nie zrobię jakiegoś treningu – muszę nadrobić, a całość się przesuwa w czasie. Mogłabym pewnie to olać i bez przygotowania przebiec te 5 kilometrów, ale albo bym tego nie przeżyła, albo skończyłoby się jakąś kontuzją, albo straciłabym ochotę na przygodę z bieganiem.

Podobnie jest z pisaniem (i każdą inną umiejętnością, którą nabywamy).
Ciekawe, że kiedy powiesz komuś „Jutro zaczynam pisać książkę“ pokiwa głową, że tak, to świetny pomysł. Oświadczając „Jutro biegnę w maratonie“ raczej spotkasz się z pytaniami „Jejku, jak długo się przygotowywałaś?“ „Jesteś na to gotowa?“. Pisanie wydaje się takie łatwe.

Bardzo często słyszę od ludzi: „Kiedyś napiszę książkę“. Wtedy często pytam: „A co robisz teraz, żeby do tego dojść?“. Odpowiedzi „Nic“ albo „Teraz nie mam czasu, ale wiem, że kiedyś spłynie na mnie taka wena, że siądę i napiszę“ są bardzo częste. Ja w myślach (zazwyczaj) dopowiadam ironicznie „Taaaa, jasne!“. Inni czekają na „idealne warunki“, „idealny temat“, „idealne miejsce do pisania“ itd.

No więc tak się nie da. Wracając do mojej analogii (do której się odwołuję lecząc kontuzję stawów skokowych, taka ironia losu) – jeśli masz zacząć biegać, to ubierasz dres, koszulkę, buty* i… biegniesz. Starasz się trenować regularnie, monitorujesz postępy. Pierwsze treningi będą ciężkie, tempo niespecjalne, ale z każdym kolejnym będzie lepiej. Wierzcie, to było świetne uczucie, kiedy w piątym tygodniu moich treningów okazało się, że w piątek miałam czas lepszy o 4 minuty niż w poniedziałek na tym samym odcinku.

Zabierając się za pisanie, chwytasz notes i długopis, albo odpalasz edytor tekstu i piszesz. Pierwsze próby są ciężkie, w moim przypadku była to totalna pustka w głowie. Na szczęście są odpowiedniki Endomondo dla piszących, aplikacje z inspiracjami do pisania (napiszę osobny post o przydatnych aplikacjach), można znaleźć sporo „generatorów fabuły“ (losowy dobór miejsca, postaci i punktu wyjścia) albo posłużyć się pierwszym lepszym zdaniem, usłyszanym w radiu, czy przeczytanym w najbliższej gazecie fragmentem artykułu. Czasami trzeba trochę czasu, żeby się rozpisać. I, tak jak w bieganiu, z każdym kolejnym tekstem pisanie przychodzi łatwiej, szybciej mózg przełącza się w „tryb pisania“, pomysły na teksty wręcz się kłębią w głowie. Podobno przy nauce języków obcych warto kilka godzin dziennie słuchać np. audycji radiowych w danym języku, wtedy nasz mózg konotuje sobie, że to ważne i się przestawia na chłonięcie nowej wiedzy. Mam wrażenie, że z pisaniem jest podobnie. Siedzisz potem w autobusie, słyszysz jakieś zdanie i włącza się lampka, że to trzeba zanotować, bo może się przydać.

Biorąc udział w wyzwaniu Jeffa Goinsa #my500words miałam okazję doświadczyć tego na własnej skórze. 30 dni pisania codziennie po minimum 500 słów. W trzecim dniu, zdołowana własnym brakiem kreatywności, wydrukowałam sobie listę tzw. „writing prompts“ (podpowiedzi, inspiracji) i codziennie ją przeglądałam, wybierając to, co mi wpadło w oko. „Opisz przykładowy strych“ zainspirowało mnie do bajki o zabawkach; nie traktowałam inspiracji z listy dosłownie, raczej tylko jako nadanie sobie kierunku. Przez cały czas wyzwania obserwowałam, jak się zmieniało moje pisanie. Na początku potrzebowałam dużo czasu, żeby się rozpisać i osiągnąć coś, co ma jakąś, chociażby koślawą formę. W czwartym tygodniu rozpisywanie zajmowało mi mniej czasu, mózg przełączał się na pisanie, wyobraźnia podsuwała coraz szybciej pomysły na bohaterów, miejsca, rozwój akcji, pożądany finał.

Przejdź do części drugiej.


*) Tu analogia do biegania troszkę kuleje, bo o ile w bieganiu porządne buty to podstawa i nie należy na nich oszczędzać, to w pisaniu nie jest ważne, czy masz markowe pióro, notatnik moleskina, odpowiednią aplikację do pisania itp. Wystarczy cokolwiek, co pisze, cokolwiek, na czym można pisać, a dobrym miejscem do pisania może być nawet własne kolano w czasie podróży komunikacją miejską do pracy.

#2urodzinypsc

Skomentuj

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *