Emigracja

Starowinka obudziła się. Na zewnątrz jeszcze ciemno; jesień, to i świt później,
a staremu mniej snu potrzeba. O tej porze roku chłód budzi szybciej niż stary budzik po świętej pamięci małżonku, słońce czy kogut u sąsiadów. Pierze w poszwie zebrało się w nogach łóżka, spłynęło w dół, na chude nogi, przez co od zimna panującego w izbie kobietę chroniło tylko kilka warstw kiedyś grubego płótna.

Podniosła się powoli, zsuwając nogi na podłogę wprawionym ruchem – prawie trafiła stopami w wełniane bambosze. W tym wieku dokładnie planuje się każdy krok, gest i czynność, aby oszczędzić stare kości i powykrzywiane stawy. Może więc ta celność to również kwestia powoli przemyślana i zaplanowana między chwilą przebudzenia a decyzją o powstaniu.

Zacisnęła dłonie na gładkiej, wyślizganej skrzyni starego łóżka, połowy dawnego małżeńskiego, którego druga część odjechała z handlarzem starzyzną, tuż po tym, jak się żałoba po Szymonie, mężu Janiny, skończyła. Twardy materac nie zmienił kształtu, choć kobieta już wstała. Pasiasty materiał, w środku jeszcze końskie włosie, tyle lat służy, to i do końca życia wystarczy.

Jeszcze za życia Szymona, jak już dzieciaki się porozjeżdżały po kraju, bo
w mieście o robotę łatwiej i życie wygodniejsze, przenieśli się do dawnej służbówki, robiąc więcej miejsca bratankowi męża, Tadziowi. Im jedna izba wystarczy, a chłopak się nie musi z żoną i dziećmi cisnąć, no i młodym łatwiej resztę domu oporządzić. A im dwojgu jedna izba ze spiżarką przy sieni wystarczy aż nadto. Póki mogli, to i tak zresztą większość czasu na dworze, albo u Tadzika siedzieli – bo w ramach zamiany mieszkania ten się opieki dożywotniej podjął.

Dwadzieścia lat już jak Szymon odszedł do Boga. Dwadzieścia lat odkąd
szymonowa połówka łóżka odjechała na wozie w siną dal. Dwadzieścia lat od pogrzebu Szymona, czyli od czasu, kiedy ostatni raz się cała rodzina zjechała na kilka dni, zanim znów ich świat pochłonął. Za ścianą Tadzik z żoną. Pomogą Janinie, do lekarza zawiozą, na święta ugoszczą, ale poza jednym dachem i obietnicą daną Szymonowi, wiele wspólnego nie mają.

Dwadzieścia lat sama w tej izbie, niskiej i ciemnej, dwa okna, dwoje drzwi,
ciemna od czasu i dymu powała. Trochę jakby czas się tutaj zatrzymał, jakby Szymon miał zaraz wejść, otrzepując na progu chodaki.Poza łóżkiem piec, pod drugą ścianą, przy wejściu do sieni zlew żeliwny, obok kuchnia z fajerkami. Kredens, w rogu szafa rzeźbiona, ślubny prezent. Pośrodku stół na cztery osoby, z jednej strony tylko krzesło odsunięte i wzór na ceracie wytarty. I fotel pod oknem, obok lampa i etażerka z radiem. Nad łóżkiem jeszcze wisi drąg na sznurze, gdzie kiedyś służba na majątku ubrania trzymała, a potem Szymon swoje wieszał, szafę żonie oddając we władanie, na jej odzież, pościel i obrusy z posagu. Tylko garnitur tam trzymał. Ubrań zresztą wiele nie miał, bo i stroić się gdzie nie było.

Wieś mała, na końcu świata prawie, potem już tylko pola i las. Pekaes dwa razy dziennie jeździł, ludzi do miasta na zakupy zabierał i odwoził. Szkolnego autobusu nie było, bo w kilku domach na krzyż żadnych dzieciaków nie było, wszystko uciekło, bo i co tu robić by mieli. Zostali tylko starzy, co to już w mieście żyć by nie umieli, tak w ziemie wrośli. Janina do niej przyjechała po ślubie, na majątek rodzinny Szymona, a najdalej to do drugiego powiatu jechała, i raz do Częstochowy, z pielgrzymką. Więcej świata ciekawa nie była, wszystko co miała i znała, było na miejscu.

Różowe światło, ledwo co światłem można je nazwać, tak rzadkie, zaczęło
przesączać się przez zasłonki. Janina podeszła do krzyżyka wiszącego na ścianie, zdjęła go i ucałowała, szepcąc jednocześnie pierwsze słowa modlitwy porannej. Odsłoniła okna, włączyła radio i lampę nad stołem. Przy piecyku kuchennym się przeżegnała, rozsunęła fajerki i dmuchnęła, żeby żar obudzić. Dopiero teraz przemyła twarz i szyję zimną wodą, ściągnęła koszulę nocną i przebrała w codzienne ubranie – grube pończochy, reformy, długą koszulę i sweter po Szymonie. Wełniana spódnica teraz, jak już ją lata przygięły
z powrotem do ziemi, prawie zamiatała podłogę. Jeszcze onuce i stare buty po mężu. Jedne półbuty, prawie nowe pięć lat temu przez Halinkę przywiezione, ma na dnie szafy, bo już tylko na swój pogrzeb je ubierze – nie ma gdzie chodzić.

Dni Janiny prawie się od siebie nie różnią, więc akurat kończy się ubierać gdy woda zaczyna wrzeć. Wrzuca do garnuszka granulki herbaty indyjskiej, ze starej poobijanej puszki. Jakubek jej kiedyś przywiózł, jak na statkach pływał. Syn jej najmłodszy, który pierwszy z rodziny dalej pojechał. Na puszce wytarty napis, ledwo czytelny. „TWININGS“. Dobra ta herbata była, tak dobra, że z Szymonem w niedzielę ją tylko pili, po obiedzie.

Wykłada na stół ćwiartkę chleba, kiełbasę i margarynę. Do szklanki w koszyczku przelewa herbatę. Nieśpiesznie odkrawa pajdę, smaruje margaryną, na brzegu stołu kroi cienko kiełbasę. Siedzi i powoli żuje – w tym wieku posiłek to wyzwanie dla prawie bezzębnych ust – na szczęście czas to jedyne, czego jej nie brakuje. Gdyby nie cichy, trzaskający od zakłóceń, głos spikera i zmieniające się piosenki, siedziałaby tak pół dnia, zanurzona we wspomnieniach, bo tam człowiek zawsze młody, najedzony, szczęśliwy
i wśród ludzi.

Po śniadaniu sprząta, okruchy zmiata dłonią na podłogę, podłogę zaś miotłą, aż pod piec, na szufelkę i do popielnika. Potem siada w fotelu. We czwartki po to, żeby wypatrywać listonosza. W pozostałe dni tylko przegląda pocztówki.

Na ścianie, nad łóżkiem Janiny, wisi słomianka. Na słomiance, poprzypinane
szpilkami z kolorowymi główkami – pocztówki. Nad łóżkiem dwa obrazy, za ramy wsunięte pocztówki. W szybkach kredensu, na etażerce, parapetach, nawet zatknięte za małe lustro przy zlewie – wszędzie pocztówki. Te starsze leżą w szufladach stołu i w tekturowej walizce, przykrytej koronkową serwetą, stojącej przy szafie. Setki kartek – na święta, urodziny, a najwięcej tych z wyjazdów. Dzieci ślą, wnuki też. Czasami przyjdzie list, to jej listonosz zaraz czyta, ale Janina woli oglądać zdjęcia i pocztówki – kolorowe, czasami pokazujące dziwne miejsca, nazwy, których Janina nie jest w stanie wypowiedzieć. Zna je wszystkie na pamięć, mogłaby wskazać, gdzie która
wisi, od kogo i kiedy wysłana. Tasuje je, jak karty do gry. Codziennie ogląda te
najnowsze, czasami sięga po te sprzed lat. Na kredensie i etażerce trzyma te najnowsze, najbardziej kolorowe, bo jeszcze nie spłowiałe ani nie wytarte Janiny palcami, dumna, że o niej pamiętają i myślą, choć rzadko które odwiedzi.

Janina ma jeszcze jeden, stały punkt dnia. Popołudniu, po mszy w radio,
bierze wilgotną ścierkę, przeciera stół, a potem okrąża izbę, wycierając po drodze parapety, etażerkę i kredens. W codziennym pochodzie, niby pielgrzymce, zmierza od stacji do stacji, wyznaczanej przez trzy najważniejsze punkty, traktowane prawie jak ołtarzyki na procesji.

Stacja pierwsza – nad słomianką za łóżkiem dwa obrazy. Ostatnia wieczerza
i ślubna fotografia Janiny i Szymona, oba mają ponad siedemdziesiąt lat. Ramy złocone, podziurawione przez korniki. Janina żegna się, z kieszeni spódnicy wyciąga różaniec, modli się za Szymona.

Stacja druga – obraz. Jeszcze Szymon żył, jak Robercik, syn Jakuba, im go
sprezentował. Z ćwierć wieku temu. Przyjechał w odwiedziny, z Ameryki. Na obrazie Niagara, wodospad taki amerykański, jedyny w ogóle, jaki Janina w życiu widziała.Za ramką jeszcze pocztówka od wnuka i jego zdjęcie z Myszką Miki, z Diznejłordu.

Stacja trzecia, ostatnia – dywanik-makatka, którą Halinka raz przywiozła od
siebie, z Warszawy. Po tym, jak u Karolinki swojej była w odwiedzinach przez miesiąc.Córka jej, zapłaciła za przelot, żeby matka zobaczyła, jak żyją i że dobrze im tam.Na makatce zwierzak dziwny taki, Halinka mówiła, że to kangur. Trochę jak pies z za długim ogonem, ale tak dziwnie siedzący. Podobno duże są i młode w torbach trzymają. I napis na dole. AUSTRALIA. Też już kilkanaście lat, jak wnuczka po studiach pojechała, męża znalazła, to została, tak jak Janina z Szymonem przyjechała przed laty na
tę wieś i została.

Wieczorem Janina najpierw zaciąga zasłony, potem włącza światło.
Stary zwyczaj, chociaż już teraz nie ma komu w okna zaglądać. Na Niagarę, kangura i dziesiątki pocztówek padł żółtawy blask słabej żarówki. To pora, żeby dorzucić przed nocą do pieca, zjeść skromną kolację. Przed snem modlitwa i różaniec jeszcze, żeby Bóg lepiej słyszał, jak Janina śle błogosławieństwa do Choszczna, Warszawy i Gdyni, potem sięgając dalej do pamięci, żeby wymienić miasta z pocztówek. Amsterdam, Sydney, Los
Angeles, Trondheim, Frankfurt, Osaka. Litania do Miast, jakby do nowego panteonu świętych, żeby łaskawe były dla Roberta, Karoliny, Adasia, Dominiki, Marysi i Krzysia. I żeby dzieci drogi do domu rodzinnego, tutaj, gdzie ona czeka na listonosza co czwartek, nie zapomniały.

Źródło ilustracji
Powyższy tekst został napisany na eliminacje na Warsztaty Kreatywnego Pisania, które odbyły się w Muzeum Emigracji w Gdyni, w październiku 2015 roku. Kopiowanie całości lub fragmentów w celach niekomercyjnych dozowolne, pod warunkiem wyraźnego wskazania autora.
© Małgorzata Miszewska

Skomentuj

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *