Historia jednej inspiracji

Końcówka września zeszłego roku. Na Facebooku wyskakuje powiadomienie, że Muzeum Emigracji w Gdyni organizuje warsztaty kreatywnego pisania. Przeklikuję się na stronę muzeum. Warunek uczestnictwa – napisanie tekstu o tematyce emigracji o określonej objętości i zakwalifikowanie się do grupy warsztatowej. Zajęcia prowadzić będzie Izabela Żukowska. Czas przyjmowania zgłoszeń do 14. października. To daje około dwudziestu dni na napisanie 9.000 znaków, nie więcej!

W sumie, czemu nie, pomyślałam. Trochę rywalizacji równa się mocna grupa warsztatowa. O czym by tu napisać? Kogo zrobić bohaterem? Gdzie będzie akcja? Co się wydarzy? Pomysły przychodziły i znikały. O żadnym nie myślałam dłużej, żaden mnie nie porwał, ale gdzieś w tle ciągle trwała burza (jednego) mózgu.

Niespodziewane źródło inspiracji

W międzyczasie z przyjaciółką wyskoczyłyśmy na jeden dzień do Warszawy. Głównie na wystawę „Pompeje. Życie w cieniu wulkanu“, jednak z postanowieniem, żeby obejrzeć coś jeszcze. Wcześniej robiłam rozeznanie, na jakie wydarzenia możemy się załapać.

W końcu wylądowałyśmy w Śródmieściu, praktycznie za rogiem – Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Idziemy. Jakby co, kawałek dalej jest kilka galerii i innych przybytków sztuki.
Na miejscu przyciągnęła nas wystawa fotografii Zofii Rydet, o której dużo czytałam, ale nie miałam okazji obejrzeć zbyt wielu zdjęć. Długie ściany pawilonu pokryte trzema rzędami powiększonych, czarno-białych fotografii. Słynny „Zapis socjologiczny“ i kilka innych projektów.

zapis socjologiczny zofia rydetŹródło

Wnętrza wiejskich chat, mieszkańcy w swoich domach. Na ścianach święte obrazy, makatki, zamiast podłogi często jeszcze klepisko. Artefakty z innego świata – kolekcje kolorowych puszek po piwie, plakatów, wyeksponowane kartony po Marlboro. Na ścianie upięta draperia z kolorowej ceraty. Jelenie na rykowisku, słomianki za łóżkiem, plastikowe kwiaty w wazonie, z rzadka – telewizory na nakrytym obrusem stoliczku. Wystrojone plastikowe lalki, wypchane bażanty, widoczek z Niagarą. Kalendarz strażacki 1983, malowane wałkiem ściany. Łóżka i leżanki nakryte kolorową kapą, obłożone dekoracyjnymi poduszkami, na których nikt nigdy nie spał. Proporczyki i święte obrazki za ramą lustra czy szybką kredensu.

Zapis socjologiczny Zofia RydetŹródło

Każdą fotografię dokładnie oglądałam, szukając znajomych kształtów i wzorów, chłonąc niejednokrotnie kuriozalne kolekcje na nich pokazane.
Gdzieś ta wystawa we mnie została. Tłukł mi się pod powiekami kontrast światowej makatki z Kennedym i reszty skromnej izby. I te drągi, na których wieszano ubrania, pełniące funkcję szafy.

Zapis socjologiczny Zofia RydetŹródło

Wiele rzeczy tak bardzo znanych z dzieciństwa i wakacji spędzanych u dziadków na wsi. Przypomniał się kredens u Babci, gdzie wyeksponowane były kartki pocztowe i widokówki, cyklicznie zmieniane. Makatka „Dobra żona tym się chlubi, że gotuje co mąż lubi“, zawieszona na maleńkich gwoździkach, ściany pokryte wzorami z gumowych wałków (pożyczanych od sąsiadów, żeby każdy pokój miał inny), takie namiastki tapety.

Narodziny pomysłu

Pomysł na opowiadanie narodził się kilka dni później, dzień przed ostatecznym terminem zgłoszeń.Tym razem wszystko było jasne. Kto będzie bohaterem, gdzie będzie akcja. W sumie wyszła z tego emigracyjna impresja, nie typowe opowiadanie. Pamiętając rady Sławka, zaczęłam od rozpisania planu. Musiało być to zwarte, nie mogłam popłynąć, limit był jasny.
Początek będzie o świcie, koniec o zmierzchu. Między tymi punktami zawierała się cała treść. Wynotowałam ważne elementy tła – makatka z Niagarą, pocztówki, kredens, święte obrazki, radio, ślubna pokolorowana fotografia, radio, drąg na ubrania (czy to ma jakąś nazwę?). Historia rodziny i życia kontra teraźniejszość.

Czas pisania

Trzymana w ryzach, przez leżącą przede mną kartką z planem i wspomnianymi elementami, zaczęłam pisać – kilka godzin przed godziną zero. Licznik na dole okna Scrivenera nieuchronnie zmierzał do miejsca, gdzie musiałam skończyć.

Doszłam do końca, zrobiłam chwilę przerwy, zabrałam się za czytanie. Znalazłam kilka miejsc, które wymagały wyjaśnienia, bo zabrakło logicznego ciągu zdarzeń. Usunęłam zwyczajowo tworzący się natłok opisów, wybierając styl, w jakim moi dziadkowie opowiadali nam różne historie – prosty, prawie surowy przekaz, bez ozdobników; tak jakby opisywali to co widzą, codzienną, potoczną mową, nienawykłą do zagranicznych nazw, które notorycznie były zniekształcane.

Gdzieś chyba około 23. miałam już wygładzoną wersję. Byłam wyczerpana, ale też podekscytowana – bardzo lubię ten stan. Nie miałam siły czytać mojego opowiadania ponownie, przekonwertowałam do pliku PDF, załączyłam do maila i kliknęłam „wyślij“ z myślą, że co ma być, to będzie.

Jest, dostałam się!

Na warsztaty się zakwalifikowałam wraz z koleżanką Marzeną. Uczestnikom nie trzeba było tłumaczyć podstaw konstrukcji, wywiązywały się ciekawe dyskusje. Ćwiczenia tworzenia planu akcji według zadanych parametrów. Przyjemnie zaskakiwały pomysły innych, Iza Żukowska konstruktywnie komentowała (tutaj jej wpis o warsztatach). Na drugim, ostatnim spotkaniu (takie warsztaty zawsze trwają za krótko, serio) rozmawialiśmy też o swoich pracach kwalifikujących na warsztaty; Iza opowiadała, co jej się w nich podobało, co można jeszcze dopracować, co ją zaskoczyło. Dla mnie była to taka namiastka grupy, o której teraz wiem, że się nazywa . 🙂

Jutro zamieszczę wspomniany powyżej tekst. Nie przegapcie. Prawdopodobnie doskonały nie jest, od czasu wysłania do niego nie zaglądałam, ale umieszczę go dokładnie w takiej formie, w jakiej trafił do Izy Żukowskiej, na pierwsze czytanie i nie zamierzam go nigdy poprawiać.

A Wy, pamiętacie jakieś szczególne sytuacje, które zainspirowały Was do napisania tekstu (opowiadania, wiersza, felietonu)? Podzielcie się w komentarzach.

Skomentuj

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *