#my500words dzień 26/31

Biuro rzeczy znalezionych w małym miasteczku. Tak małym, że rynkiem nazywa się tu malutki placyk z kilkoma klombami, na zbiegu trzech ulic, wyłożonych kocimi łbami.

Biuro, tak jak i rynek, i całe miasteczko jest małe. Jeden pokój, lada z litego dębu, pomalowana na brązowo. Kilka regałów. Za ladą siedzi (jakżeby inaczej) mężczyzna, wzrostem dopasowany do biura, rynku, miasteczka. Mały, chudziutki. Zaczeska z siwych włosów, poprawiana kilka razy dziennie zmoczonym grzebykiem, noszonym stale  tylnej kieszeni spodni. Spodni materiałowych, wyprasowanych na kant, chociaż w takim miejscu obsługa mogłaby być przecież ubrana nieformalnie. Spodnie ze starego solidnego materiału, tweedu. Do tego koszula i marynarka, jakbyśmy byli w recepcji staromodnego hotelu, a nie w biurze rzeczy znalezionych.

Pan Józef, poza wszczepionym głęboko poczuciem elegancji ubioru – że do pracy, jak do kościoła, bo u Boga miłościwego tę pracę wymodlił – posiadał również nienaganne maniery, mimo, że przez lata był szeregowym mechanikiem w pobliskiej nastawni, jeszcze o parowozy dbał, jak jeździły. Linia kolejowa od dawna nieczynna, parowozy trafiły na złom, albo porozwożono je do skansenów kolejowych. Tory zarosły, jeno przed opustoszałym budynkiem dworca pętlę pekaesu zrobili. I nawet teraz, idąc na autobus, mówi się, że „na dworzec“.

Biuro było niewielkie, dopasowane do miasteczka i Pana Józefa. Pensja była niewielka, ale dla Pana Józefa była w sam raz, na miarę, jak jego spodnie na kant. Praca, nie ukrywajmy, też była niewielka. Jedyne co było tu wielkie, to stary rejestr znalezisk, pamiętających jeszcze czasy przedwojenne, kiedy Krzemieniec był miejscowością znaną i przez turystów lubianą. Co krok zajazd, kwatera, tu bistro, tam karczma, stare mieszało się z nowomodą, przywożoną przez przyjezdnych. Kąpielisko nad jeziorem, nawet molo było, i zadaszony parkiet na potańcówki przy muzyce na żywo. To, co najpierw było fanaberią dla turystów i onieśmielało miejscowych. Z czasem jak wszystko, przestało dziwić i się zadomowiło. Na tutejsze potańcówki przychodzili też miejscowi i ludzie z sąsiednich wiosek, którzy wyfiokowani jak na odpust drobili w nierozchodzonych niedzielnych pantoflach kilka kilometrów, by potańczyć, napić się lemoniady z wózka i zjeść prażonych kasztanów czy pieczonego jabłka. W sezonie letnim było tu gęsto od ludzi, prawie jak w Kazimierzu.

A jak dużo ludzi, tłum, to i dużo zgub. Tak to też wtedy, za czasów świetności, powstało biuro rzeczy znalezionych. Bo skoro kurort, to biuro musi być i służyć ludności. Wtedy zamówiono tę jedną jedyną, ale jakże pojemną, księgę, zadrukowaną w kolumny, którymi precyzyjnie, jak to przed wojną wszystko robiono, opisać znalezioną rzecz, nadać numer rejestru i czekać, aż znajdzie się właściciel. Bo z punktu widzenia rzeczy, to właściciel się zgubił.

Rzeczy przeróżnych były tu setki, oczywiście za czasów, gdy małe miasteczko nie było takie małe. Józef chętnie przeglądał pierwsze stronice, w której piękną kaligrafią opisywano znalezione przedmioty:
„Parasolka damska paryska. Zielony jedwab, wykończony lamówką ze złotymi chwostami. Uchwyt z ciemnego drewna, rzeźbiony w głowę łabędzia, z oczkiem wysadzanym kryształem barwy szmaragdowej. Wygrawerowany monogram A.R.G. Mała rysa na uchwycie i lekko sponiewierany chwost na wprost dzioba łabędzia“.

Teraz już takich rzeczy nie gubiono. I rzadko kiedy szukano, nie jak kiedyś – większość rejestru miała uzupełnioną ostatnią kolumnę, potwierdzenie odbioru podpisem czytelnym. Były nazwiska polskie, francuskie, pruskie, rosyjskie, nawet kilka, których pochodzenia Józef nie zdołał rozszyfrować, tak były egzotyczne.

Mimo, że ruch w interesie średni, jak żartował sobie Józef, gdy w słoneczny dzień stał na progu i pozdrawiał przechodniów, biuro trwało. Możliwe, że skoro było to małe biuro w małym miasteczku, zatrudniające tylko jednego pracownika, to gdzieś komuś u góry po prostu umknęło. Bo i kto by wpadł, żeby sprawdzać, czy w małych miasteczkach, mających czasy świetności daleko za sobą, są jeszcze biura rzeczy znalezionych? A już na pewno koszt takiego rekonesansu i raportu, kiedy wkoło tyle innych wydatków, byłby uznany za bezzasadny.

Codziennie rano więc Pan Józef otwierał biuro rzeczy znalezionych w Krzemieńcu, małe biuro w małym miasteczku. O czasie, zgodnie z harmonogramem wypisanym na drzwiach, to biuro zamykał i powoli, perfekcyjnie dostosowany do tempa życia Krzemieńca, szedł do swojego mieszkania, małej służbówki kilka ulic dalej. A dni, w których pojawiała się nowa rzecz znaleziona, którą Pan Józef mógł szczegółowo opisać w rejestrze, były najlepszymi dniami w życiu małego biura rzeczy znalezionych w Krzemieńcu.

________________________________

680 słów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.