#my500words dzień 27/31. Wrażenia z wyzwania.

Przeglądałam dzisiaj listę inspiracji do tekstów. Parokrotnie. W końcu doszłam do wniosku, że chcę jednak napisać o tym, co wyzwanie #my500words zmieniło we mnie.

Początki były trudne. Usiąść i napisać. O Jeżu, aż pięćset słów? Jakaś masakra! Z drugiej strony doskonale wiem (powtarzają to na każdych warsztatach i w dobrych książkach o pisaniu), że trzeba pisać codziennie, nawet jeśli mają to być „morning pages“ (tłumaczy mi się to w głowie na „poranne zapiski“) czy prowadzenie pamiętnika. „Morning pages“ próbowałam, jednak problem w tym, że ja za bardzo lubię spać i odwlekam pobudkę jak mogę, a potem już trzeba pędzić na złamanie karku, bo nagle zapas czasu topnieje i znowu jest za późno. Pamiętnik – prowadzę, ale nieregularnie.

Tak więc wyzwanie, jakie zapodał Jeff Goins, było świetnym zapalnikiem do tego, żeby w końcu skończyć z wymówkami i pisać. Trzydzieści jeden dni to okres, który można spokojnie objąć rozumem i zdać sobie sprawę, że to jest do ogarnięcia. Jakby ktoś powiedział „Masz codziennie pisać przez rok“, to nie wydawałoby się takie łatwe. Ale właśnie o to chodzi – nowe nawyki na początku muszą być łatwe (świetnie w innych dziedzinach działa na mnie metoda Tiny Habits), żeby sprawiały przyjemność, a nie stały się katorgą. Jak coś jest przyjemne i nie trudzi szczególnie, to chętniej do tego wracamy, a potem łapiemy się na tym, że kurczę, mogę więcej. Ja tak zaczynałam z przysiadami – od pięciu (no bo co to jest pięć przysiadów?) teraz jest dziesięć, a strój do biegania i plan treningowy jest już na widoku – po prostu jak coś wychodzi, mamy ochotę podnosić poprzeczkę.

Drugiego czy trzeciego dnia wyzwania ze strony writing.com wydrukowałam sobie listę wspomnianych już inspiracji (writing prompts) i codziennie przed odpaleniem Scrivenera ją skanowałam. Wybierałam temat, ale nie trzymałam się go kurczowo, tylko dopasowywałam go do siebie. „Rozgrzewka“ trochę trwała. Potem wpadłam na pomysł – po tym jak uznałam, że nie chcę pisać strumieni świadomości, tylko poćwiczyć się w krótkich formach (co jest trudne) – że jak do inspiracji z listy dodam głównego bohatera i na przykład miejsce w którym zaczyna się akcja, to będzie mi łatwiej, bo będę już miała szkielet, na którym będę budować fabułę. Facet, czy dziewczyna? Imię? Wyobrażałam sobie postać, często czerpiąc inspirację od znanych mi osób. Przyjaciółka kiedyś opowiadała o pracy w call center – świetnie, nada się! Muszę tylko sobie wyrobić nawyk zapisywania takich elementów, żeby móc do nich wracać.

W drugim tygodniu zauważyłam, że przełączanie się w tryb pisania staje się prostszy. Jeden akapit i puff! To była wyobraźnia, która wypuściła rolkę fabuły, która, podskakując po wybojach mojego umysłu, rozwijała się, a ja tylko za nią podążałam. Często rozwijała się tak, że nie docierałam do końca, a ostateczna forma tekstu była raczej podobna do wstępu do powieści, niż opowiadania o zamkniętym zakończeniu. Tak jest, gdy zaczynamy uwalniać wyobraźnię – nie chce się zatrzymać, podrzuca kolejne wątki, a może teraz to, a może teraz tamto i z każdego tego elementu wyrastają kolejne – niemożliwością staje się powiązanie wszystkich luźnych końcówek. Ale też nie o to chodziło, tylko o to, żeby zacząć odczuwać radość z pisania.

W trakcie pisania sukcesywnie też zmieniała się liczba słów, które udawało mi się napisać. Były gorsze dni, kiedy przekroczenie granicy pięciuset było trudne (ale wykonalne), ale były też te, kiedy historia rozwijała się na ponad dziewięćset i właściwie mogłabym pisać dalej. Nie wykluczam więc, że do niektórych tekstów wrócę i potraktuję je jako inspirację do czegoś większego.

Teraz jestem prawie przy końcówce, dwudziesty siódmy dzień. I na pewno nie oznacza to, że za cztery dni przestanę pisać. Przeszłam wyzwanie, pokazałam, że potrafię, już nic nie muszę. Raczej – udowodniłam sobie, że można pisać codziennie, z każdym dniem jest lepiej, będę robić to dalej, bo podoba mi się to, jak mój mózg pracuje i ile frajdy daje mi to wymyślanie, co się zaraz zdarzy. Zwłaszcza, że w facebookowej grupie wyzwania są osoby, które wzięły udział w nim wcześniej i pracują już nad swoją… drugą książką. Fantastycznie daje to kopa – skoro im się udało, to ja też mogę. Tylko pisać i szlifować warsztat.

Co jakiś czas słyszę od bliższych czy dalszych znajomych: „Napiszę książkę“, „Będę prowadzić bloga“. Zadaję pytanie: kiedy? A, no kiedyś. Na razie nie mam pomysłu, czasu, zdolności. Muszę się nauczyć zajebiście pisać, a potem to już będzie z górki. Nie, to tak nie działa. Chcesz pisać książkę czy bloga – nie czekasz, aż „deux machina“ sprawi, że posiądziesz moc pisania i stworzysz dzieło godne Pulizera w weekend, albo stworzysz bloga, który w weekend zdobędzie kilka tysięcy czytelników. Są też tacy, którzy czekają, aż będzie ich stać na notatnik Moleskine i pióro Montegrappa, bo tylko z odpowiednimi akcesoriami można skusić Wenę. Tak, jak Wena się zorientuje, co masz w ręku, nie pozwoli ci czekać! Jasne!

Dla mnie Wena (o tym już pisałam tutaj) to umiejętność, którą w sobie możemy w sobie wyrobić pisząc. Chcesz pisać powieści – bierzesz notatnik, odpalasz edytor tekstu i piszesz, ćwiczysz. Mózg uczy się, rozwija. Piszesz fragment, drugi, trzeci. Potem to redagujesz, przepisujesz i w końcu powstaje powieść. Podobnie z blogiem – załóż go! Napisz pierwszego posta. Zastanów się, o czym chcesz pisać. Jeśli ma być tematyczny – trzymaj się tematyki (nie wyjeżdżaj na blogu z recenzjami filmowymi z instruktażem składania prześcieradeł z gumkami). Jeśli ma być o wszystkim – tzw. lajfstajlowy – też warto zastanowić się, jakie kategorie wpisów planujesz i szczerze odpowiedzieć sobie na pytanie, czy zdołasz to ogarnąć (po co kącik kulinarny, jeśli w ogóle nie gotujesz?). Równie dobrze możesz mieć kilka blogów, na ogólnodostępnych platformach blogowych, i traktować je jako poligon doświadczalny – testować, co ci wychodzi, co jednak nie za bardzo cię kręci. Tak, że jak już zdecydujesz się pisać (najlepiej na własnym serwerze i domenie, gdzie będziesz Panem/Panią na włościach), będziesz wiedzieć dokładnie co chcesz pisać, do kogo chcesz dotrzeć i jaki chcesz osiągnąć cel. Jedno jest pewne – nie ma sensu czekać na idealne warunki, tylko założyć pierwszego bloga, nawet anonimowo, i zacząć pisać. Zyskujesz na tym tyle, że a) ćwiczysz pisanie; b) to co piszesz od razu zyskuje feedback – widzisz, co jest dla Twoich odbiorców ciekawe, co nie i c) widzisz, do kogo to, co piszesz, trafia. Nawet jeśli czegoś nie umiesz, można to wykorzystać – jeśli nie umiesz gotować, możesz założyć bloga o tym, jak uczysz się gotować. Proste przepisy, które na pewno nie będą atrakcyjne dla fanów czołowych blogów kulinarnych, ale nadal wśród internautów znajdą się setki osób, dla których poziom takiego bloga będzie odpowiedni!
Pomysłów na tematykę, czy prozy, czy blogów jest mnóstwo. Do części z nich zyskamy dostęp dopiero wtedy, gdy zaczniemy pisać, eksperymentować i badać odbiór.

Tak więc, do piór/komputerów. Ja właśnie popełniłam ten wpis, na ponad 1000 słów/7000 znaków. Nie edytuję (poza literówkami), ale to co już przeczytaliśmy było tym, co chodziło mi po głowie od rana. Może nie jest idealne, na pewno emocje miały w tym swój udział (piszę o pisaniu i mój mentalny ogonek kręci młynki z radości).

Wyzwania pisarskie, czy #my500words, czy inne – polecam. Warto je wpisać w plan dnia.

________________________________

1.148 słów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *