#my500words dzień 04/31

Czasami konieczność posiadania kontroli męczy i dręczy. Zwłaszcza, gdy się ją traci. Dla niektórych, to jak utrata gruntu pod nogami. Nie są już wodzirejem, nie wiedzą w którą stronę rozwinie się układ taneczny, i czy w ogóle nagle po prostu się nie skończy, jak ucięty nożem. Bo tak. Nie mogą popchnąć sytuacji z powrotem na znane sobie tereny, gdzie mogą ją kijkiem stukać, to z jednej strony, to z drugiej, żeby nie zbaczała z zaplanowanej trasy. Sytuacja wymyka się spod kontroli i może stanąć dęba. I nic nie zrobisz, jeśli nie odpuścisz i nie staniesz z boku, czekając co będzie dalej.

Przyszedł kot, przeskoczył nad laptopem, smyrgnął na piecyk, na szczęście nieużywany, przemknął przez pokój, żeby zaraz znów pojawić się z drugiej strony. Pojawia się i znika jak kursor na ekranie, miga czarnym ogonem i czmycha przed literami. Zawsze odrobinę przed resztą.
Zaciągam się papierosem, chociaż w sumie to nie palę. Trenuję przed paleniem trawy, oswajam płuca z dymem. W szklance woda mineralna, nie tani bourbon, więc trochę mi jeszcze do stylu Bukowskiego brakuje, choć od papierosa też szumi mi w głowie. Ale mam burdel. Na biurku. I zaciągnięte zasłony, żeby nie kiwać się z boku na bok, między odblaskami monitora, odczytując kolejne wystukiwane słowa.
Znowu wyciągnęłam kota zza barierki. Za nią nic nie ma, więc kot postanowił tam zaistnieć, hipster jeden. Drugi kot nie je z tej miski, z której powinien. Trzeci ma wszystko gdzieś, siedzi i patrzy, nie wiadomo, czy coś w ogóle widzi, czy po prostu patrzy w jeden punkt, zamglonym wzrokiem. O czym taki kot może myśleć? O czym ja bym myślała będąc kotem? Czy kocie myśli to ciąg miauknięć? Miau, miau, miau. Przypominam mi się ten japoński wiersz, który składa się z wielokrotnie powtórzonego jednego słowa, które ma jednak wiele znaczeń i faktycznie może się układać w sensowną treść. Może tak jest z kocimi miauknięciami. Na pewno. Boże, co za pierdoły. Szukałam jakiegoś zdania, które mogłoby rozpocząć historię, jednak dzisiaj stać mnie tylko na czysty strumień świadomości, w którym moczę sobie nogi. Płytki, bystry, toczy się między kamieniami kolejnych myśli, których nie chcę poruszać, wolę je obmywać zamiast rozłupywać dłutem i szukać skamielin w nich ukrytych. Licznik słów tyka, jaka to dzisiaj męka, udręka, tak klikać, wyłuskiwać słowa, kiedy głowa gdzieś daleko. Na skróty, uważam na rymy, żeby jakaś częstochowska przypowiastka mi nie powstała, taki wał. Za mną sztaluga, na niej papier do pasteli, pastele jeszcze w szafce. Jeszcze kilka dni i może coś narysuję. Pisanie dziś opornie idzie, jak po grudzie, może medytacja mi zaszkodziła trochę, bo w środku mam tylko powietrze. Powietrze na wietrze. Patrzę na licznik, jeszcze mało, jeszcze muszę trochę wylać z siebie, na niebie w potrzebie o wodzie i chlebie. Pusto. Palce wiszą nad klawiaturą, burą i ponurą jak krzak. Kalendarz, spinacze, czuję że czas tracę, chociaż strata to niewielka, bo został już na coś przeznaczony, więc tylko odcinam kolejne plastry, układam obok siebie, jak na półmisku. W sumie to nie tracę, bo zarezerwowany został, pod te słowa, nawet jeśli to bez sensu i składu, to jednak jest.

________________________________

508 słów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.