#my500words dzień 07/31

Dziś ponownie randomowy tekst. Miałam znów zasiąść, z papierosem i whisky, zamiast tego spijam kolejną butelkę wody mineralnej, wsłuchując się w szum wentylatora. Paczka owocowych Lucky Strików się skończyła, napoczęta inna już tak nie smakuje, chyba ten czar się skończył. Dziś nie jestem Bukowskim, wiem że gdzieś we mnie siedzi ktoś taki, ale dzisiaj nie wyczuwam go zupełnie. Sztaluga rozstawiona, czeka na mnie, może mogłabym wywołać z siebie jakiegoś Van Gogha? Słowa dosłownie przeciskam przez tę szczelinę, którą trafiają one do świadomości; teraz lepiej rozumiem metaforę, że jakieś „dzieło rodziło się w bólach“. Miałam pomysł na prosty post blogowy o pisaniu, ale zapragnęłam sobie podnieść poprzeczkę i teraz próbuję do niej doskoczyć. A może wystarczy, że przejdę pod nią. Lektor w aplikacji z medytacją wczoraj mówił, że jeśli coś jest dla nas łatwe, to znaczy, że się nie rozwijamy, że dyskomfort jest dobry dla rozwoju. Wychodzi więc na to, że się rozwijam, bo strasznie mi dziś z pisaniem nie po drodze, ale zegar tyka, nie chcę przerwać łańcucha, w końcu buduję nawyk. Wyrabianie nawyków medytacji i picia ośmiu szklanek płynów dziennie również nie były łatwe. Narysowałam sobie kratki do śledzenia postępów: leki, medytacja, aktywność fizyczna, woda. I tak, nie wszystkie były codziennie zakreślone, zdarzało się, że nie miałam już siły, by o 23:45 odpalać seans medytacji, albo dopić tę ostatnią szklankę wody, nie wspominając już o pięciu przysiadach, które ustawiłam sobie jako pierwszy „mały nawyk“ podczas eksperymentu Tiny Habits. Teraz przysiadów jest minimum dziesięć, przedwczoraj w Endomondo wyrysowałam sobie trasę do pracy przez las, niecałe pięć kilometrów i chęć mam wielką ją chociaż raz w tygodniu przejść. Spacerem, tak, żeby nie trafić do pracy spocona jak ruda mysz, ale chcę to zrobić. I z pisaniem też tak będzie. Pisać lubię, tylko prokrastynuję i odkładam na potęgę. Ten tekst mógł powstać kilka godzin temu, kiedy wróciłam do domu. Akceptuję to, że nie zawsze będzie mi się chciało, ale wiem też, że pokonanie tego wewnętrznego lenia wcale nie jest trudne, jak już zacznę to leci. Szybciej, wolniej, ale zauważyliście, że nie było jeszcze żadnej „dupa, dupa, pindol“? Czyli jakoś jednak daję radę, a to jest najważniejsze.
Dziś Dzień Dziecka. Wewnętrzne dziecko dostało dzisiaj i lody, i fajkę, i piwo. Dopieściłam przedszkolaka i nastolatkę, która okres buntu przeszła wyjątkowo spokojnie i dopiero teraz zdarza jej się zbuntować albo zrobić coś głupiego. Ktoś wrzucił na fejsa fajnego mema – że każdy powinien celebrować ten dzień, niezależnie od wieku, bo dziecko jest zawsze w nas. To ta część która się uczy, rozwija, wygłupia, bywa nieprzewidywalna, kapryśna i potrafi się rozkoszować tym, jaki ten kocyk jest miękki. W skrócie – to odskocznia od bycia dorosłym, bezpieczna strefa, do której możemy się udać, żeby nie zwariować przez codzienne obowiązki, rachunki, telefony z banku i od przedstawiciela Philipiaka, który koniecznie chce nauczyć nas zdrowego gotowania, tak jakby podstawą zdrowego gotowania były dziesięciokrotnie przepłacone garnki. Dzieciak nic nie wie o zdrowym gotowaniu i jest w stanie przeprowadzić wywód, który udowodni, że jedzenie lodów i śpiewanie w kąpieli jest zdrowe. Bo jest. Dla psychiki. Przyjmijmy więc do wiadomości, że „ale z ciebie dzieciak“ to najwyższej jakości komplement.

________________________________

516 słów.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.