Nieładnie tak nie pisać, więc piszę prędko

Bardzo nieładnie. Sama daję sobie po łapach.

Pomysłów na wpisy mam już kilka, kilka szkiców czeka w Scrivenerze na korektę i publikację. Jeden czy dwa muszę podzielić na mniejsze, bo wyszły takie elaboraty, że ho-ho.

Problem mam jeden. Po tygodniu pracy, zmęczona fizycznie i psychicznie, mam czasami za mało energii, żeby odpalić plik i ruszyć – bo to ruszanie z miejsca to kluczowy moment, do którego zawsze zabieram się jak pies do jeża. Jak już ruszę, to słowa lecą na łeb na szyję, plączę się w wątkach, rozplątuję i… świetnie się bawię. Odpalenie pliku jednak nie załapało się na listę priorytetów.

No, może dwa problemy. Od dwóch tygodni jestem na terapii cyklosporyną, która ma konkretne skutki uboczne. Choć niewielkie w moim przypadku, to potrafią być upierdliwe i odebrać ochotę na coś ponad opcję 3K (kot, kocyk, książka). Ciągłe chodzenie w pracy (czasami nawet siedemnaście kilometrów nabijam) znowu wywołało zapalenie rozcięgna podeszwowego w obu stopach, więc było też dość boleśnie.  Na szczęście szybko dotarły specjalne wkładki do butów i skarpetki kompresujące; jest lepiej, choć jeszcze nie zajebiście. Na sensacje z cyklosporyną Amazon nie ma rozwiązania, więc zagryzam usta i tyle, może przejdzie.

Ten weekend jednak był trochę inny. Może to też kwestia pogody, że słońce, ptaki śpiewają, drzewa kwitną jak szalone; a nie deszcz i wiatr i ogólny tumiwisizm z takowych okoliczności przyrody właśnie. A może dlatego, że stopy już nie płoną żywym ogniem i nie klnę przy każdym kroku?

W sobotę po zakupach (młotek! farba do włosów!) zadbałam o obejście sadząc bazylię w skrzynce przy ganku, gruntownie myjąc suszarkę do naczyń (formy na niej nagromadzone założyły fanpage’a na Fejsie), naprawiając kolebiącą się komodę (kilkanaście gwoździ i po sprawie) i znów trochę przemeblowując pokój. I dużo czytałam.

Dziś wieszałam pranie, rozjaśniałam i farbowałam włosy (aktualnie na głowie mam Cool Lilac), wyskakiwałam przed dom posiedzieć, posączyć kawę czy cydr, przygotowałam sobie pyszny omlet na obiad (autorska kompozycja: jajka, plus pesto z bazylii, plus ser; niestety zabrakło mi podprażonych pestek dyni), posprzątałam kotu kuwetę, a jak już zwinęłam mój papierowy warsztat, to jeszcze odkurzyłam na dokładkę. Gdzieś w międzyczasie zaś wyciągnęłam z pudełka kupiony w zeszłym roku węgiel „chunky”, znalazłam za szafą szkicownik i deskę do rysowania i tu porysowałam, tam dorysowałam (na starych rysunkach). Rozłożyłam się jak dzieciak na podłodze, z arkuszem szarego papieru dla zabezpieczenia wykładziny i tak chyba trzy godziny mi zeszło. Zajrzałam w końcu na listę w kalendarzu, odfajkowałam co zrobione. Zostało już tylko znalezienie miejsca i schowanie zapasowej kołdry. Co zajmie mi zapewne kolejny tydzień. 😉

A potem pomyślałam, a czemu by nie sięgnąć po akwarele. Przy okazji przetestować paletę z Amazona, która również dotarła do mnie ze trzy miesiące temu i leżała odłogiem. Rozłożyłam się na stoliczku, co było wyzwaniem, bo Biba oczywiście w tym czasie siedziała na parapecie, a ja jej przejście do miski zapchałam słoikami z wodą i resztą akcesoriów. A ona akurat musiała pięć razy przejść.


Jak dobrze było sobie przypomnieć, ile malowanie i rysowanie daje mi frajdy! Rysunki poprzyklejałam na szafie, jako przypomnienie/upomnienie. Akwarela jest „w pół drogi”, wrócę do niej jeśli nie jutro, to w następny weekend, który sobie przedłużyłam o dwa dni, żeby jeszcze bardziej odpocząć.

Tak więc, przy tak korzystnym trendzie, jest szansa zabrać się za zaległe posty. O korzeniach akcji #deportacjaplus, o życiu tutaj, o fajnych rzeczach, które nabyłam spełniając kilka swoich marzeń.

Jest coś, co szczególnie Was ciekawi? Napiszcie w komentarzu.

Zapraszam na instagrama, także na mój drugi profil, gdzie staram się wrzucać moje dzieła wizualne i posty z nimi jakoś powiązane.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *