Nowy rok, nowy projekt – czyli o wszystkim, o niczym i jeszcze o #ludzielistypisza

letters
źródło

Wczoraj dzwoniłam do Justyny, u której spędziłam ostatniego Sylwestra przed emigracją. Rozmowa zeszła z imprez i „co tam u ciebie” na filozoficzne rozkminy o życiu, podejściu do niego, czerpaniu satysfakcji z tego co się robi itp. Dobra pożywka dla mózgu z tego wyszła, cały czas coś tam w tle, w podświadomości, mieli.

Podsumowanie roku 2017: ZMIANY. Największe w moim życiu, przełomowe. Dużo dobra od ludzi, ale też kilka kopniaków, sporo chwil zwątpień, otrzepywania piór i „no dobra, jeszcze raz” (staram się nie używać słowa „spróbować”). Znaczną część ważnych planów udało mi się zrealizować, część, z różnych powodów, zmieniłam albo przełożyłam w czasie, bo się nie składa czasowo/finansowo. Sprawdzam z listą na bieżąco.

Cztery miesiące pracy mijają we czwartek. Ewaluacja kwartalna wyszła mi 4/5. Kilka rzeczy muszę poprawić (i już to robię), w kilku jestem „ponad oczekiwania”, m.in. w organizacji pracy – czyli kurs od Pani Swojego Czasu okazał się dobrą inwestycją półtorej stówki.

Komfort psychiczny i ekonomiczny nie jest bez znaczenia. Życie w społeczeństwie, które nie cierpi na tzw. „spięcie dupy” również. Czasami lokalna beztroska potrafi trochę zirytować, zwłaszcza w pracy, ale powoli się przestawiam na tutejsze standardy, nie łamiąc swojego wewnętrznego kodeksu, wypracowanego przez lata.

Od niedawna jestem wolontariuszką w lokalnym Councilu, jutro wybieram się na pierwsze zajęcia artystyczne w Wakefield Studios. Brakuje mi malowania i rysowania, jednak cholernie trudno się za nie zabrać samemu, bo ciągle coś innego wypada/kusi, albo poddaję się zmęczeniu.

Wczoraj zainicjowałam akcję #ludzielistypisza. Póki co wśród znajomych na facebooku, ale już jest ponad 20 chętnych. Poniżej kopia wpisu z facebooka, jakby ktoś chciał sam coś takiego zacząć, oczywiście żeby nie było – to mój opis, to żadna oficjalna akcja, tylko moje widzimisię, bo strasznie brakuje mi okazji do ładnego, analogowego pisania. Można wymyślać swoje własne zasady.

Jeśli chcecie otrzymać ode mnie list/kartkę, takie wiecie – tradycyjne, wysyłane pocztą, z naklejonym znaczkiem itp. – podeślijcie mi na PW swoje adresy.

Przygotuję sobie dwa słoiki/pudełka. Każdy adres na karteczce, do słoika. Będę minimum raz w miesiącu (a zapewne częściej, ale zostawiam sobie margines bezpieczeństwa) losować karteczkę i pisać do tej osoby list. Karteczka z adresem trafi do drugiego pojemnika i po zakończeniu puli z pierwszego wrócę do losowań z drugiego.

PLUS GWARANTOWANE KARTKI URODZINOWE (data urodzin?)

Oczywiście odpowiedzi mile widziane
Plusy – popiszemy sobie analogowo, długopisem/piórem na kartce papieru; element zaskoczenia, kiedy nagle wśród rachunków i reklam w skrzynce pojawi się coś nowego, a w związku z losowaniem – nawet niespodziewanego; nawiązywanie głębszej więzi.

ZAGRANICA TEŻ WCHODZI W GRĘ

Oczywiście są takie serwisy jak PenPal, gdzie można znaleźć partnerów do korespondencji, ale ja stawiam póki co na pogłębienie relacji przynajmniej z częścią znajomych z Facebooka. Pakiety kartek świątecznych kupione na mega wyprzedaży w WHSmith, 60 kartek świątecznych zamówionych na Amazonie, więc… tak, jestem gotowa. W końcu taka wypisana ręcznie kartka będzie zawsze fajniejsza i bardziej osobista od sztampowego gifa słanego hurtowo na święta. Chętnych nie brakuje – w dwa dni zebrałam ponad 20 chętnych osób.  Bardzo mnie ciekawi, jak to wszystko wyjdzie, traktuję to trochę jako eksperyment, ile czasu ja w tym wytrwam, ile wytrwają te listowne dialogi, jak wpłynie to na relacje. Część osób znam bardzo dobrze, część bardzo słabo. Ale pamiętam, jakie to były emocje, jak jako nastolatka czy dziecko czekałam na list od koleżanki z kolonii czy kogoś poznanego na wakacjach, wypatrywałam listonosza i sprawdzałam, czy list może nie czeka gdzieś głębiej w skrzynce.
No i odręczne pisanie aktywuje rejony w naszym mózgu, których klepanie na klawiaturze w ogóle nie wzrusza i ma kilka innych zalet. Tutaj między innymi można o tym poczytać. I tu. I jeszcze pogrzebać głębiej w Google.

W ramach celebracji minionego roku, tych wszystkich zmian, w sumie to całkiem nowego rozdziału w życiu, a również z myślą o tych wszystkich listach, które będę pisać, kupiłam sobie pióro. Kolejne do kolekcji, jednak ostatnie dwa Piloty Metropolitany mam już od ponad dwóch lat, więc troszkę już pora na coś nowego, zwłaszcza, że kolor i edycja idealnie mi pasują. Nie jakieś wyczesane, w kosmicznej cenie (jak wymarzony Pilot Vanishing Point Raden Galaxy), ale raczej z półki ekonomicznej, za to znane ze swojej niezawodności i komfortu pisania spotykanego w znacznie droższych modelach – w skrócie: typowy „wół roboczy”. Czyli Lamy Al-Star Pacific Blue, edycja limitowana na 2017.

Lamy Al-Star Pacific Blue
źródło

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *