Organizacja czy magia? [Recenzja]

Dzisiaj została mi polecona książka Magia sprzątania Marie Kondo, w odpowiedzi na mój komentarz o Uporządkuj swoje życie Erin Rooney Doland. Czytałam jedną po drugiej, więc na gorąco lecę z tematem.

Both readed, time to review. #unclutterer #uporzadkujswojezycie #erinrooneydoland #mariekondo #magiasprzątania

Zdjęcie zamieszczone przez użytkownika Gosia Miszewska (@projekterka.pl)

Disclaimer: obie książki kupiłam sama, nikt mi za recenzję nie płaci, a ja mam ochotę ją napisać, bo umieszczenie dwóch osobnych recenzji na lubimyczytac.pl to za mało.

Trochę o mnie, w celu ustalenia mojego punktu wyjścia jako czytelnika.
Od tygodnia biorę udział w kursie Pani Swojego Czasu „Zorganizuj się w 21 dni”.

Na bieżąco przeglądam Internet i strony o technologiach, stylu życia, mediach, sztuce, lifehackingu, polskie i zagraniczne. Zanim coś kupię, robię z reguły research, żeby wybrać to, co najlepsze. Często, od strony do strony, trafiam na ciekawego bloga i subskrybuję. Lubię wiedzieć. Gromadzę inspiracje. Wykorzystuję w życiu.

Na początku listopada zaczęłam coaching odchudzający z Joanna Szot. W ciągu dwóch miesięcy straciłam 38 cm w obwodach (wkrótce pora na kolejny pomiar) – zmieniając dietę, robiąc detoks cukrowy oraz wyrabiając nawyk ćwiczeń fizycznych i ruchu. Asia przekonała mnie też o słuszności i sile wewnętrznej motywacji. Jeśli coś robię, to robię to dla siebie, bo da mi to coś pozytywnego. Nie dla innych, bo tak wypada, bo to modne, bo to jest społecznie akceptowane albo wręcz wymagane. I o tym, że jak do jakiejś decyzji dojrzejemy (chcemy to zrobić, mamy wewnętrzną motywację), to łatwiej nam wprowadzać zmiany w życiu. Może nie tymi słowami to przekazała, ale o to chodzi.
Od jakiegoś czasu postawiłam na własny rozwój, bo widzę, że jest mi to potrzebne. Wychodzę z depresji, odkrywam znaczenie czasu, którego już nie spędzam leżąc w łóżku, bez siły na cokolwiek. Staram się wdrożyć nawyk spania w stałych porach (23-6), regularnej aktywności fizycznej (coaching pomógł wyrobić nawyk), świadomego odżywiania (w miejsce kompulsywnego zajadania stresów).
Wydaje się, że dużo tych zmian, ale to zbiór z co najmniej pół roku, dobrze przemyślany. Czasami mam problem, bo nie potrafię jeszcze do końca zapełnić dodatkowego czasu aktywnością, ale ciągle nad tym pracuję.
Wspomniany wyżej kurs okazał się kolejnym elementem, który uznałam za przydatny dla mnie, po rozważeniu za i przeciw. Nie, że „muszę” tylko „chcę” się lepiej zorganizować. Lepsza organizacja to dla mnie więcej czasu na pisanie, czytanie malowanie, rysowanie plus jeszcze zapas na nieprzewidziane okoliczności albo słodkie lenistwo (tak, umiejętność odpoczywania to skarb).

Uporządkuj swoje życie

Książkę Uporządkuj swoje życie  kupiłam już ze 2-3 lata temu. Prawdopodobnie dlatego, że gdzieś ktoś ją polecał. We mnie tliła się potrzeba zmiany, ale choroba była silniejsza, więc nie było ani motywacji do czytania jej, ani tym bardziej do wprowadzania zmian. Książka stała na półce biblioteczki przy łóżku, wielokrotnie prześlizgiwałam się po niej wzrokiem, szukając lektury, jednak dopiero przedwczoraj spojrzałam i pomyślałam (z entuzjazmem): o tak, to chcę przeczytać!

Zarówno Pani Swojego Czasu jak i używane przeze mnie od niedawna (z sukcesem) Nozbe odwołują się do metody GTD Davida Allena, który napisał przedmowę do książki Rooney. Z jednej strony wiem, że w ramach jednego wydawcy pisarze nawzajem piszą sobie recenzje, z drugiej domyślam się, że David Allen nie napisał pozytywnego wstępu dlatego, że wydawca mu kazał, tylko dlatego, że chciał, a z racji autorytetu – nie musi kadzić, może pisać to co uważa.

„Erin wykonała jednak dobrą robotę, prowadząc za rękę i podając szczegółowe instrukcje opisujące krok po kroku cały proces, dzięki czemu jest on nie tylko łatwiejszy, niż myślisz, ale też po prostu przyjemny. Postępuj zgodnie z jej wskazówkami, a osiągniesz olbrzymie korzyści”

Dodam jeszcze, że Erin Rooney Doland od 2007 roku związana jest z serwisem unclutterer.com. Ma swoją rubrykę w New York Times, pisze artykuły do Real Simple Magazine i występuje w radio Marthy Stewart Living.

Plus pierwszy – jest świetnie napisana i przetłumaczona. Kilka rzeczy może być dla polskiego czytelnika nie od razu jasne. Na przykład Erin zachęca do używania poszewek na kołdrę, co u nas jest normalne, w odróżnieniu od „dodatkowego prześcieradła”, W Ameryce natomiast tradycyjnie kołdra (bez poszewki) umieszczona jest między narzutą oraz (od środka) prześcieradłem, które chronią ją przed zabrudzeniem. Dla nas poszwa na kołdrę jest oczywista, w Ameryce dopiero się na niej poznają. Erin odnosi się też do serwisów internetowych, które są popularne w USA, ale myślę, że łatwo będzie czytelnikom znaleźć ich polskie odpowiedniki. Książka została wydana w 2009 roku, zatem część polecanych programów może być już nieaktualna, ale, tak jak powyżej – łatwo będzie znaleźć odpowiedniki o identycznych funkcjach.

Plus drugi – Erin opiera swoją książkę na swoich własnych doświadczeniach, doświadczeniach jej czytelników oraz serwisu unclutterer.com. Jeżeli powołuje się na jakąś prawidłowość – nie jest to jej domniemanie, teoria, ale poparte badaniami trendy i zachowania. Tutaj też uprzedzam, że dotyczą Stanów Zjednoczonych, więc niekoniecznie muszą być odzwierciedleniem naszych, jednak dają dobry fundament przekazywanej wiedzy.

Plus trzeci – mimo że podtytuł głosi „7-dniowy plan uporządkowania domu, biura i życia” autorka od razu zaznacza, że nie chodzi tu o to, żeby wszystkie zmiany wprowadzać w siedem dni. Ten siedmiodniowy plan odnosi się do systematyczności w utrzymaniu efektów głównego działania, które może zająć więcej czasu.

Plus czwarty – książka nie skupia się jedynie na sprzątaniu domu, ale pokazuje też metody organizacji w biurze, a właściwie – jak przeanalizować sposób korzystania z danych i do tego dobrać metodę organizacji, żeby nie przepaść pod górą papierów.

Plus piąty – książkę zaczęłam i czytałam do 3 rano, docierając do 1/3 objętości, resztę – następnego dnia po przebudzeniu. Po prostu wciągnęła – rzeczowo, na temat, bez dorabiania filozofii czy zasypywania niepotrzebnymi historiami. Cieszę się, bo to oznacza, że autor szanuje czas czytelnika, który kupuje książkę w określonym celu (nauka organizacji, a nie przegląd życia autora). Na plus są też dwie listy: wiosenne i jesienne porządki.

Plus szósty – już wiem, że to książka, do której będę wracać, zamierzam przejrzeć jeszcze raz, zaznaczając najistotniejsze fragmenty.

Magia sprzątania

Może kwestia mało znanego wydawnictwa, może kwestia promocji, może też mało „stylowej” okładki sprawiły, że o książce rzadko się słyszy, natomiast „Magia sprzątania” Marie Kondo robi światową furorę. Ale „Pięćdziesiąt Twarzy Greya” i „Zmierzch” to literatura bardzo niskich lotów, a ma status bestsellera. Bestseller nie zawsze oznacza „lepsze”. Często oznacza tylko „lepiej promowane”.

Jak wspomniałam, Magię sprzątania przeczytałam dziś – za namową koleżanki z grupy facebookowej, powiązanej z kursem „Zorganizuj się w 21 dni”. Wcześniej czytałam sporo recenzji, które nie przekonywały mnie do zakupu. W dyskusji o obu pozycjach doszłam do wniosku, że warto by było jednak przeczytać Kondo, jeśli mam się rzetelnie wypowiedzieć. Kupiłam więc ebooka, i nie zwlekając, się zabrałam się do lektury.

Marie Kondo przez mniej więcej jedną trzecią, a może więcej książki, opowiada, jak to od dziecka uwielbiała sprzątać i organizować rzeczy. Tak, od dziecka. Trąca to lekko nerwicą natręctw. Przez kolejną jedną trzecią, na poparcie swojej metody KonMari, przytacza obszerne historie jej klientów. Tutaj akurat akcja dzieje się w Japonii, więc w kulturze znacznie odleglejszej od naszej, której bardziej „po drodze” jest z amerykańską. Nie wartościuję tutaj żadnej z nich, po prostu w porównaniu do naszej widać od razu większe i mniejsze różnice w stosunku do tych, z których wywodzą się autorki obu książek.

Od początku drażnił mnie styl książki. Marie Kondo do sprzątania dorabia filozofię godną nowej religii, a właściwie powiązaną (do czego jawnie nawiązuje) z celebracją znaną ze świątyń. Niewiele tutaj znajdziemy konkretnych rad, a już np. metoda składania rzeczy wg filozofii KonMari jest tak niejasna, że musiałam w trakcie czytania sięgnąć do YouTube, by wiedzieć o co chodzi. Najzabawniejsze są fragmenty, w których autorka nadaje przedmiotom cechy ludzkie i zdolność do przeżywania emocji, twierdząc, że sweter mniej się będzie mechacił, jeśli od czasu do czasu otworzymy szufladę w której leży i go pogłaskamy, myśląc o nim z wdzięcznością. I że wdzięczność powinniśmy wyrażać każdej rzeczy, którę posiadamy – odwieszając płaszcz dziękujemy mu za chronienie przed zimnem, odkładając torebkę – dziękujemy jej za towarzystwo.

We fragmencie, w którym Kondo opisuje swój powrót do domu (rozmowa z butami, płaszczem, roślinką znacząco to przedłuża) dochodzi do błędu logicznego – autorka idzie do sypialni, gdzie rozpakowuje torebkę i chowa ją do szuflady pod łóżkiem (dziękując jej wylewnie), żeby po przebraniu się, pogłaskaniu roślinki i zaparzeniu herbaty wrócić do sypialni, żeby… schować torebkę.

Mamy też fragment, w którym autorka słyszy głos, zadający jej egzystencjalne pytanie i objawienie, jakie nachodzi ją rano, kiedy rozumie przesłanie. Nie mogę napisać nawet, że nagle książka zamienia się w tym momencie w przypowieść biblijną, bo CAŁA książka jest naszpikowana podobnymi uduchowionymi opisami, domorosłą filozofią i psychologią oraz niepotwierdzonymi (do czego autorka się w pewnym momencie przyznaje) teoriami.

Książka Kondo oryginalnie została wydana w 2011 roku. Książka Rooney w 2009. To co Kondo nazywa swoją autorską, nowatorską metodą KonMari niewiele różni się (w sensie praktycznym, nie duchowym) od rad Rooney, z tym, że Rooney nie twierdzi, że to jej autorskie pomysły – jedynie podaje te przetestowane przez nią przez lata i najlepiej się sprawdzające, zebrane w jeden spójny system. Metody selekcji są identyczne, z tym że te Rooney praktyczniejsze i precyzyjnie opisane, bazujące na zdrowym rozsądku. Kondo na przykład każe każdą rzecz wziąć do ręki, wczuć się w emocje jakie ona budzi i zachowywać to, co budzi dobre uczucia. Rooney wspomina (i popiera naukowymi badaniami), że podczas selekcji rzeczy lepiej ich nie trzymać w ręku tylko poprosić o prezentację przyjaciółkę albo położyć rzecz na łóżku, bo właśnie dotyk sprawia, że emocje biorą górę i przeczą np. serii pytań, które zaleca sobie zadać, żeby ocenić przydatność i konieczność posiadania danego przedmiotu.

Zarzut o to, że Marie Kondo zaleca wyrywanie książek jest faktycznie wyrwany z kontekstu – autorka tak robiła, ale okazało się, że do wyrwanych stron nie wróciła. Niemniej jednak kilka książek na pewno zakończyło swój żywot. Rooney zwyczajnie poleca wydać książki, które mamy „na pokaz” i do których na pewno nie wrócimy, a tylko w przypadku książek kucharskich sugeruje, żeby książki, które mają mniej niż pięć lubianych przez nas (i stosowanych) przepisów wydać, wcześniej kserując to co potrzebne. W innym rozdziale, o selekcji dokumentów i papierów jednak zaznacza, że jeśli do jakichś skserowanych/wyciętych artykułów nie zajrzeliśmy przez X czasu, to pora je wywalić.

Wielkie niedopatrzenie w „Magii sprzątania” to brak wspomnienia o możliwości wykorzystania technologii dla uporządkowania dokumentów/zdjęć. Nie ma słowa o np. skanowaniu, prawidłowym opisywaniu plików, korzystania z przechowywania plików w chmurze i konieczności robienia kopii zapasowych. Mam wrażenie, że Kondo tak się zafiksowała, żeby pokazać, jakim to była rezolutnym, zorganizowanym i lubiącym porządek dzieckiem, że zapomniała o tym, w jakich czasach żyją jej czytelnicy.

Rozbawił mnie (między innymi) też poniższy fragment:

„Sądziłam, że ten pęd do sprzątania przed egzaminami, to moje dziwactwo, ale po tym, jak spotkałam inne osoby, które robią podobnie, zdałam sobie sprawę, że jest to powszechne zjawisko. Wielu ludzi odczuwa naglącą potrzebę sprzątania, kiedy są pod presją, na przykład przed egzaminem. Jednakże nie chodzi tak naprawdę o sprzątanie pokoju. Tak się dzieje, gdyż „coś innego” wymaga uporządkowania. Mózg domaga się nauki, ale kiedy tylko dostrzega zagraconą przestrzeń, jego uwaga przenosi się na robienie porządku. Tuż po ustaniu kryzysu pęd sprzątania mija, co jest dowodem na słuszność tej teorii. Kiedy jest już po egzaminach, zapał do sprzątania opada i wszystko wraca do normy. Wszystkie myśli o sprzątaniu ulatują. Czemu? Ponieważ problem, któremu trzeba stawić czoło – uczenie się do egzaminu – już jest rozwiązany.”

Tak, cała książka utrzymana jest w tym stylu, mi od razu przywołującym na myśl Kwiatki z „powieści” Katarzyny Michalak. Mam wrażenie, że zawartość tego akapitu można by znacząco skrócić, usunąć połowę żeby zachować znaczenie, niezależnie od jego infantylności (na Warsztatach Literackich, w których uczestniczę, redagujemy sobie wzajemnie teksty i staramy się unikać tzw. wypełniaczy). Słuszność teorii potwierdzona jest słowem honoru Kondo, nie badaniami, czy nawet komentarzem psychologa/socjologa. Ja wiem, że odwlekam robienie różnych rzeczy i zastępuję je nagle sprzątaniem i praniem bo zwyczajnie nie pałam do nich entuzjazmem i chciałabym odwlec jak najdłużej. Nie stan mieszkania budzi mój niepokój i pochłania moją uwagę tylko JA szukam wymówki, żeby się nie uczyć, bo uczenie jest nudne, w perspektywie jest stresujący egzamin – w porównaniu z tym wypucowanie parkietu jest czymś relaksującym.

Podsumowanie

Jeżeli faktycznie chcesz zacząć sprzątać, to kup poradnik Rooney, przeczytaj i zabierz się do roboty. Wszystko masz jasno i dobrze napisane. Autorka pisze o tym, co obiecała, nie dorabia filozofii, krótko mówić – szanuje czas osób, które sięgną po jej książkę i będą się chciały zorganizować. „Uporządkuj swoje życie” podsunęła mi sensowne pomysły, podzieliła przysłowiowego „słonia” na małe kawałki, które jestem stanie bezboleśnie ogarnąć i po skończeniu jej pomyślałam „to jest do zrobienia!” z entuzjazmem i uśmiechem, jednocześnie żałując trochę, że tak długo zwlekałam z jej przeczytaniem.

Jeżeli chcesz w towarzystwie „mądrze” i „filozoficznie” mówić o swoim podejściu do porządków – kup książkę Kondo. Bo tego się z niej nauczysz, co nie oznacza, że wpłynie to na sprzątanie. Bardzo prawdopodobne jest też, że kupisz książkę Kondo bo jest modna, ma ładną okładkę i wygląd i na pewno będzie ładnie się prezentowała, gdy będziesz ją czytać popularnej kawiarni albo na stoliku do kawy. Jednym słowem – będzie na pewno sprawiać dobre wrażenie – że czytasz bestsellery, że skłaniasz się ku duchowości, że od wieczornych dialogów ze swetrem poprawiła się jakość użytych do jego produkcji włókien, które, z wdzięczności za poświęcony im czas, zamieniły się w kaszmir. W książce Kondo masz to co u Rooney (tylko tam rzeczowo i przystępnie) i jeszcze kilka ton duchowości i filozofii, jednakże sprowadzonych do poziomu graniczącego z komizmem. Myślę, że wiele dałoby się przerobić na skecze w stylu Monty Pythona. Cieszę się, że wydałam tylko 18,13 zł na e-booka, zamiast trzydziestu kilku na papierową wersję książki. Żałuję, że w ogóle je wydałam, ale traktuję to jako naukę. Okazało się ponownie, że ładnie wydana książka, z dobrą promocją, potrafi być gniotem. Że zamiast motywować do działania – poraża i irytuje wylewającą się wszędzie pseudo-mądrością autorki, retrospekcjami jej dzieciństwa i opisami spotkań z klientami i ich domami. Tak, domy też są sprowadzone do poziomu istot czujących, które trzeba sprzątać z szacunkiem, objawiającym się np. włożeniem do ich sprzątania żakietu i sukienki, zamiast stroju roboczego, kłanianie się ścianom i traktowaniem domu klienta jak świątyni (dosłownie!).

Widzicie różnicę między dwoma powyższymi podsumowaniami/opisami książek? Ja widzę i wiem, czemu są tak różne Pierwsze jest krótkie, rzeczowe, jestem w stanie logicznie określić korzyści z przeczytanego poradnika. Drugie – emocjonalne, ociekające sarkazmem. Bo wkurza mnie to, że kupiłam „Magię sprzątania” i poświęciłam czas tej książce, nie znajdując w niej nic, co świadczyłoby o „innowacyjności” metody KonMari. Niczego nie wniosła do mojego życia, poza irytacją na autorkę. Gdyby nie to, że zobowiązałam się do rzetelnej recenzji, która niesie za sobą konieczność przeczytania całej książki, porzuciłabym ją w momencie, gdy autorka, w dziale poświęconym porządkom w książkach poleciła „Jeśli nie podoba ci się jakaś książka, to ją wyrzuć”.

Jakby nie było – każdy musi znaleźć swoją metodę, czasami zmiksować kilka, a nawet dopasować je do swoich indywidualnych potrzeb, a przede wszystkim – wspomnianą na początku wewnętrzną motywację. Bo to ona głównie wpływa na to, czy coś zmienimy (bo chcemy) czy wrócimy do starych nawyków (bo naszej zmiany /myślimy że/ chcą inni.

Magia sprzątania: 2/10
Uporządkuj swoje życie: 8/10

Skomentuj

One thought on “Organizacja czy magia? [Recenzja]

  1. Och, jakże cieszę się, że tutaj trafiłam! Jestem chyba dokładnie na tym samym etapie co Ty, z tym, że ja ocknęłam się przed najgorszym i chcę to zwalczyć i czuję, że mogę.
    Co do książki Kondo mam dokładnie takie samo zdanie. Kiedyś kusiła mnie jej okładka, jednak nie czytuję poradników, więc zawsze w księgarni coś bardziej dla mnie interesującego wygrało z „Magią sprzątania”. Jakże się cieszę! Korzystam aktualnie z abonamentu Legimi i przeglądam wszystkie te ciekawie brzmiące tytuły, których jednak nigdy bym nie zakupiła w księgarni i wpadło mi to to w oko znów. Mam taką zasadę, że choćby nie wiadomo co, doczytuję to, co zaczęłam ale tutaj poległam. Po przeczytaniu niecałej połowy (Legimi pokazuje 41%) stwierdziłam, że już raczej nie pojawi się dalej nic, co byłoby wartościowe i rzuciłam to w cholerę. Czasem jak coś tak porzucę to wracam, bo mam przeczucie, że coś tam jednak jeszcze może być ale w tym przypadku czuję tylko pustkę. Szkoda czasu, można przeczytać przecież coś fajniejszego 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *