Spotkania z naturą

No więc tak: do pająków w pokoju (póki są w rozsądnej odległości ode mnie) się już przyzwyczaiłam. Leżę na łóżku, Pawełek zapierdziela po ścianie metr dalej – spoko, cześć Pawełek, co słychać, jak tam polowania na muchy, kiedy przyjeżdża teściowa, gdzieś na urlop w tym roku, czy znowu remont robisz? Żyjemy sobie w jako takiej symbiozie, nikt się nikomu nie wpierdziela w strefę osobistą i nie grzebie w szufladach.

Ale pomrówy (slugs) ładujące się na chatę, chamsko, przez uchylone okna? O nie! Wchodzę do łazienki, a tam pomrów. Chudy taki, że tylko patrzeć, jak zacznie chodzić w pastelowych rurkach, które będą mu i tak wisieć na odwłoku. A może na moje wejście się tak wyciągnął, żeby udawać uszczelnienie. W każdym razie mu to nie wyszło za bardzo, bo sami powiedzcie – brązowe uszczelnienie na środku okna?

Drugiego dzisiaj znalazłam w kuchni, odpadł od woreczka bananów. Też głupek, bo się zwinął i chyba mu się wydawało, że wygląda jak… sama nie wiem, co sobie wyobrażał. Pyzaty taki.
Z jednej strony lepiej ślimak z bananów niż czarna wdowa, ale z drugiej i tak – brrr.

Skomentuj

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *