Wywołana do tablicy

grumpycat pjWczoraj dobra znajoma zapytała, czy mój blog nadal funkcjonuje. Odpowiedziałam, że tak, ale póki co leży trochę odłogiem, bo weny brak.

Praca, praca, praca. Fizyczna, chwilami ciężka. Czasami przychodzę do swojego grajdołka i jak widzę stopień zawalenia robotą, która przyszła nocą, to mi ręce i cycki opadają. Chwilę potem biorę łyk kawy (prawdziwej, zaparzonej w domu przed wyjściem), potem głęboki oddech, czasami przeklnę (niekoniecznie w myślach), po czym zaczynam metodycznie się odkopywać – w końcu to moja praca. Są plusy dodatnie i plusy ujemne, jak wszędzie. Są ludzie przyjaźni i pomocni, są tacy, którzy spojrzą z ukosa, ale  nie ruszą dupy, żeby pomóc. Jak wszędzie. Nie żalę się, stwierdzam fakty.

Po pracy mało co się socjalizuję. Wieczór z książką, serialem i kotem na kolanach często jest atrakcyjniejszą opcją niż na przykład pójście, zgodnie z brytyjską tradycją, do pubu. Prawie przez cały październik rysowałam z okazji Inktobera.

Poznaję powoli sąsiadów, uczę się, że tutaj nie ma co się spieszyć; jak się wpada do nieznanej (jeszcze) osoby dwa domy dalej, u której kurier zostawił paczkę; to te kilka, kilkanaście minut spokojnej rozmowy to tutaj rytuał narodowy – chociaż chciałabym jak najszybciej paczkę zabrać, pięknie podziękować i nie zabierać komuś czasu. To samo przy kasie w sklepie – ja zestresowana lekko, że za mną kilka osób w kolejce, że może za wolno pakuję swoje zakupy do plecaka, a ekspedientka w najlepsze uprawia uprzejmy small-talk ze mną. Spoglądam za siebie – zero zniecierpliwienia u w ogonku.

Kot mi się zsocjalizował bardziej. Jednak Biba to zdecydowanie kocia jedynaczka.W Reading była zestresowana zarówno małą przestrzenią, w której mogła się poruszać, jak i obecnością innych zwierzaków. Tutaj wyluzowała. Jest sama, ma sporo miejsca do ganiania, okno z widokiem na ulicę, drzewa i żywopłot (ptaszki!), no i niepodzielną uwagę Pańci. Kuchnię mam za ścianą, więc jak szykuję jedzenie po powrocie z pracy to słyszę, jak bardzo niezadowolony kot jęczy pod drzwiami pokoju. I tak przez te kilka miesięcy przeszliśmy od spania w zgięciu kolan do uwalania się na człowieku, albo gdzieś z boczku, ale bliżej partii górnych, niż dolnych. A rano, jak się ubieram, Biba rozwala się na podłodze u moich stóp i weź mnie tu teraz myziaj, kobieto, a nie coś tam gadasz o jakiejś pracy, autobusie i że mało czasu. Myziaj!

Zajmuję pokój na parterze, który w oryginale był salonem, więc miejsca (jak na tutejsze warunki) mam sporo. Wiele pokoi to klitki, w których ledwo mieści się łóżko (czasami pojedyncze), szafa i mały stolik. Ten ewenement wytłumaczyła mi koleżanka z poprzedniej pracy – Anglicy nie mają w zwyczaju zapraszać znajomych do domu, nie siedzą po naście osób w pokoju – raczej kultywują spotkania w pubie (w tygodniu z reguły bezalkoholowo), a sypialnia to po prostu pokój w którym się śpi i ubiera, przestrzeń bardzo prywatna.

W planach jest wynajęcie w przyszłym roku samodzielnego mieszkania, albo małego domku. Ale z tym się nie spieszę. Małe domki najtańsze na wioskach, a do tego wcześniej potrzebuję prawa jazdy i jakiegoś pojazdu, tak więc – wszystko w swoim czasie. Plany, rozpisane jeszcze przed wyjazdem realizuję. Niektóre się poprzesuwały w czasie, ale plany mają to do siebie, że się zmieniają wraz z sytuacją.

Wkrótce dotrze do mnie już ostatni karton z moimi rzeczami (głównie książki, a jakże). Jako, że dzięki przyjaciołom na miejscu wzbogaciłam się o niezbędne elementy wyposażenia, jakimi są dla mnie regały, mam już gdzie poupychać literaturę mą przeróżną. Jeszcze przed wyjazdem założyłam, że książki zabieram ze sobą, a po przeczytaniu (jeśli nie będzie to coś, co chcę zachować) będą trafiać do lokalnej biblioteki – dzisiaj zaniosłam pięć.

Mój bilans czytelniczy w tym roku nie powala. Nie jestem z tego zadowolona, ale z drugiej strony – nadal jest to okres wielkich zmian.

Podsumowując – było lepiej i gorzej, czasami najlepiej było zamknąć  się w pokoju, zwinąć pod kocem i przeczekać poczucie bezsilności. Grunt, że jest jednak coraz lepiej. Komfort psychiczny i ekonomiczny – bez porównania. Zwłaszcza gdy patrzę i słucham, co się dzieje w Polsce. Serio, czuję ulgę, że mnie tam nie ma. Obawy – głównie o rodzinę i przyjaciół, którzy zostali w kraju. Jak spojrzę wstecz, to pojawia się dużo ambiwalentnych uczuć. Mogłam to zorganizować inaczej? Pewnie tak, ale była to moja pierwsza przeprowadzka na taką skalę, więc i tak cieszę się, że wyszło tak, jak wyszło.

Znajomi czasami pytają – czy żałuję wyjazdu, czy tęsknię i chcę wracać? Nie. Życie tutaj pochłania moją uwagę, chłonę wszystko, wypytuję ludzi w pracy o różne rzeczy, które mnie intrygują i ciekawią, czasami oni pytają mnie, co uważam w Anglii za dziwne, specyficzne i zabawne. Czasami trafiam na kogoś, kto mówi z takim lokalnym akcentem oraz zasobem regionalizmów, że mogę tylko uprzejmie się uśmiechać, potakiwać, próbować ustalić o co właściwie chodzi, ewentualnie, gdy wybrzmi już znak zapytania poprosić, że jeszcze raz, wolniej, bardzo przepraszam, ale ja tu od niedawna i nie do końca załapałam. Czasami wystarczy ton głosu – ten, który słyszy się na przystanku, czekając na mocno spóźniony autobus, chyba wszędzie jest ten sam, tłumaczenie niepotrzebne, można zgodnie przytaknąć, wywrócić oczami, skwitować, że jest „jak zwykle”.

To tyle niusów. Otulona nową piżamo-podomką z Grumpy Catem, z Bibą mlaszczącą zabawnie przez sen w zasięgu ręki, między rozdziałem książki a odcinkiem serialu – kończę jak Max Kolonko.

Miszewska. Wakefield. West Yorkshire.

Skomentuj

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *