Zrób sobie mastermind

Pracuję nad nawykiem i piszę codziennie. Jednak mam wielką potrzebę, żeby tekstami się dzielić, pokazywać, dostawać feedback, rozwijać się. I mieć konkretny termin na napisanie tekstu – taki deadline mocno zobowiązuje i motywuje.

Od myśli do myśli, od słowa do słowa – postanowiłam założyć lokalnie grupę mastermind dla osób, które chcą rozwijać swoje zdolności pisarskie. Podrzuciłam info kilku osobom i już widać, że trafiłam na podatny grunt.

Co to jest Mastermind?

W wielkim skrócie to grupa osób, która spotyka się w konkretnym celu, ustalonym z góry. Powinna liczyć od 4 do 8 osób – nie za mało, żeby był przepływ pomysłów, i nie za dużo, tak by każdy uczestnik miał czas dla siebie.
Za ojca mastermindów uważa się Napoleona Hilla, jednak trzeba dodać, że pomysł na tworzenie takich grup sięga znacznie odleglejszych czasów – z podobnej formuły korzystał m.in. Sokrates.

Grupa mastermind ustala czas i częstotliwość spotkań w zależności od potrzeb. Są pewne ogólne zasady, ile powinno trwać spotkanie (max. 2h) ale były grupy pisarzy, których spotkania trwały dwukrotnie dłużej – jak Inklings, której członkiem był m.in. Tolkien.

Oczywiście nie byłabym sobą, gdybym od razu nie zaczęła szukać stosownej literatury i poradników. Znalazłam kilka pozycji na Amazon.com, przeczytałam udostępnione fragmenty e-booków, jednak szybko otrzymałam link do bardzo przydatnego materiału, przygotowanego przez Santi z zarabiajjakobloger.pl. Praktyczna wiedza w pigułce, reszta wyjdzie w praniu.

No pressure, no diamonds

Bardzo mi się spodobało powyższe zdanie, które pięknie pokazuje ideę mastermindu. Uczestniczenie w grupie to wyjście ze strefy komfortu – trafiasz między ludzi, dzielisz się swoimi problemami, wspólnie szukacie rozwiązania. Trzeba opowiedzieć o pomyśle i przyjąć na klatę uwagi innych. Nie zawsze jest to proste, zwłaszcza jak na czymś bardzo nam zależy, odpalają się nam klapki na oczach i zaczynamy myśleć życzeniowo, nie dostrzegając innych istotnych elementów, które mogą mieć wpływ na to, czy nasz pomysł wypali, czy spali na panewce.

Bez ciśnienia nie ma diamentów. Tak samo na początku, bez zmuszenia się do tego, ciężko jest usiąść i pisać. Zabranie się za pisanie to chyba najtrudniejszy moment całości (zwany przez pisarzy „pastowaniem biurka”). Jednak jeśli bierzemy udział w jakimś wyzwaniu (jak np. NaNoWriMo czy #my500words), to po prostu musimy pisać. Mamy nad sobą niewidzialny bacik, który przypomina, co mamy do zrobienia. Wyzwanie to nie wyścig między jego uczestnikami, ale zmierzenie się z samym sobą i pokonywanie własnych ograniczeń. Można na grupie ściemnić, że się napisało x słów, poczuć przez chwilę fejm, odbierając gratulacje w komentarzach, ale tak naprawdę „zrobiło się w konia” tylko samego siebie. Można się oszukiwać, że się cokolwiek pisze, a potem przed lustrem w łazience wręczyć Pulitzera z tektury. Jednak nie o to chodzi.

Kiedyś przeczytałam, że tylko wyjście ze strefy komfortu daje szansę na rozwój – wychodzimy poza znane schematy, próbujemy nowych rzeczy, uczymy się i zbieramy nowe doświadczenia. Omawianie swoich pomysłów czy problemów z innymi to taka „próba ognia”, dlatego dobrze, jeśli robimy to w grupie osób, które są sobie życzliwe i chętne do pomocy. Warto więc mieć stałą grupę, która razem pracuje i buduje więzi. Czyli – pampararam – mastermind!. 🙂

Zrobione jest lepsze od doskonałego

Perfekcjonizm to zło. Perfekcjonizm to też czekanie na odpowiedni moment, odpowiednie warunki, porządny notatnik, fajny atrament, wygodne krzesło, więcej informacji i ten jeden genialny pomysł. A, nie zapominajmy o Wenie, bez Weny jednego słowa nie napiszesz! Odpowiedni moment jest jeden – ten, w którym zaczynasz coś robić. Możesz przeczytać pierdyliard książek o tym, jak dobrze pisać, ale nie sprawią one, że nagle, któregoś dnia, się obudzisz i ot tak, napiszesz świetną książkę. Trzeba ćwiczyć, pisać, przepisywać, pisać słabo, wkurzać się, że się słabo pisze i… zaczynać kolejny raz, od nowa. Poniższy filmik bardzo trafnie to przedstawia.

Do dzieła!

No to robię. Nigdy tego nie robiłam, boję się. Aha, czyli wyłażę z  mojej strefy komfortu. Może nie wyjdzie, ale jeśli nie podejmę tego wyzwania, to się nie dowiem, a spodziewane profity kuszą. Zawsze lubiłam burze mózgów i przecudne rzeczy, które podczas nich powstają, a na które sama bym w życiu nie wpadła.

Jest plan, są chętni. Dobry początek.

Pamiętaj tylko o tym, że spotkania będą regularne i Twoja obecność jest bardzo istotna – jeśli Ty nie masz problemu, pomagasz innym. Jeśli nie wiesz, czy poświęcenie dwóch-trzech godzin co 1-2 tygodnie i przygotowanie się do spotkania da się wpleść w Twój grafik – to prawdopodobnie cel (który zostanie doprecyzowany, ale będzie związany z poprawianiem warsztatu pisarskiego) tego mastermindu nie jest dla Ciebie na tyle ważny, żeby potraktować go jako priorytet.

Jeśli na myśl o tym, że regularnie będziesz spotykał grupę ludzi, rozmawiał o pisaniu, komentował teksty inne i sam otrzymywał feedback do swoich; że będziesz musiał, siłą rzeczy, pisać, czytać, recenzować, redagować, przepisywać; nadal czujesz entuzjazm, a do tego jesteś z Gdyni lub okolic – odezwij się.

 

Skomentuj

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *